Niektórzy zagorzali fani next-genowych next-genów już pewnie po przeczytaniu samego tytułu tej recenzji szukają namiarów na mnie w książce telefonicznej i zapewne ich zamiary do szlachetnych nie należą. Wiernie uprzedzam – ten tekst nie jest peanem na cześć wspaniałości Assassin’s Creed. Owszem, to gra z potencjałem (i to niewykorzystanym). Owszem, programiści z Ubisoft Montreal wpakowali w swoje dziecko masę sterydów, dzięki czemu pięknie wygląda, daleko skacze i nieźle wywija żelazem, mordując setki strażników i… zaraz, „mordując setki strażników”? Jeśli w tym momencie i Wy wyczuwacie pewną – oczywiście, delikatną i subtelną – sprzeczność między „Kredem Assassyna” i „rzezią na masową skalę”, to… cóż, mogę tylko powiedzieć „wolcome in da club”…
Gra zaczyna się dosyć ostro – poznajmy Al-Taira, jednego z najwyższych rangą zabójców. Właśnie jest o krok od zdobycia potężnego artefaktu, który jest pożądany przez jego mistrza. Niestety, w tym samym momencie na scenie pojawiają się Templariusze. Al-Tair, zamiast postępować po cichu – jak kodeks grzecznego assassyna przykazał – rzuca się na wrogów z obnażonym mieczem i dostaje… nie, nie artefakt – łomot.
Cały artykuł możecie przeczytać na portalu Gaminator.pl.
Powiązane materiały:-Assassin’s Creed 2 – Ten lepszy z zabójców
-Assassin’s Creed II – recenzja już na Gaminatorze












