Moje kanały filmowe:
MINIBLOG
- Shaolin Soccer - Idealna propozycja dla wszystkich osób, które lubią specyficzne połączenia. Mamy ...
- Husk - Raz na jakiś czas lubię obejrzeć tego typu film. "Husk" ...
- Darth Bane #1: Droga zagłady, Drew Karpyshyn - Zachęcony tekstem Pawła, postanowiłem zakupić pierwszy tom z książkowej kolekcji ...
- Gra o tron komiksowo - O tym komiksie będzie bardzo krótko z kilku powodów. OK, ...
- Kot w stanie czystym, Terry Pratchett - Szczerze mówiąc, nie interesowałem się nigdy tym, czy Terry Pratchett ...
Ostatnie komentarze
- Avatar o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- Ethar aka Herbaciarz o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- KoZa o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- Ethar aka Herbaciarz o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- KoZa o Transformers 3 – oszukany po raz drugi
- KoZa o Geneza Planety Małp – Piękny powrót
- KoZa o Iron Man Noir – Noir? Gdzie?
- KoZa o Not Just KoZ #5: O dziewczynie skaczącej przez czas
- KoZa o 104 filmy 2012 – moja lista
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
Licznik obejrzanych filmów
Znajdziecie mnie na:
Licznik
- 250Odsłon dzisiaj:
- 151Gości dziennie:
Miesięczne archiwum: Wrzesień 2010
Społeczeństwo Internetu, Ryszard Tadeusiewicz – wrażenia z lektury
Przygotowując się się do obrony pracy dyplomowej, wziąłem się – na wszelki wypadek – za lekturę „Społeczeństwa Internetu”. Powiem wprost, jeśli czytaliście Castellsa, Wallace i Jenkinsa, to Tadeusiewicza możecie spokojnie sobie odpuścić. Czemu?
„Społeczność Internetu” łączy w sobie kwestie poruszane na łamach „Psychologii Internetu” P. Wallace, „Galaktyki Internetu” M. Castellsa i „Kultury konwergencji” H. Jenkinsa. Może to być ciekawa lektura dla osoby, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z literaturą fachową na temat Internetu. Wszystkie trzy zakresy tematyczne są jednak, siłą rzeczy, potraktowane znacznie mniej szczegółowo niż u wymienionych przed chwilą autorów.
Jeśli zaś interesuje Was historia Internetu w Polsce i na świecie, w sieci znajdziecie opracowania równie dobre, jeśli nie lepsze. W tym zakresie polecam szczególnie dwa artykuły T. O’Reilly’ego („What is Web 2.0” i „Web Squared”) oraz, na przykład, polski rys historyczny opublikowany na stronie krakowskiego WSP. Czytaj dalej
StarCraf: Uprising, Mickey Neilson – wrażenia z lektury
Sięgnięcie po „StarCraft: Uprising” spowodowane było kilkoma czynnikami. Po pierwsze, sporą część mojego wolnego czasu pożera ostatnio granie w najnowszego RTS-a od Blizzarda, jak i ogólny nawrót miłości do wszystkiego, czego panowie z Zamieci się tkną. Po drugie, uznałem, że najwyższa pora zacząć czytać książki po angielsku, żeby znajomość tegoż języka za bardzo mi nie skostniała. Po trzecie wreszcie – podczas wycieczki po Hawajach udało mi się zakupić czytnik ebooków po bardzo atrakcyjnej cenie (test Sony PRS-300 a.k.a. „Pocket” już niebawem na moim blogu). A to narzędzie wręcz idealne do czytania książek w języku innym niż polski, które w naszym kraju są albo niemożliwe do zakupienia, albo bardzo drogie (w stosunku do ceny książki „tradycyjnej”).
Tak więc zaczęła się moja przygoda z literackim aspektem świata StarCrafta. Zapewne co jakiś czas będę Was bombardował podobnymi tekstami, gdyż książek takich mam do przeczytania 12. I to osadzonych w samym jeno uniwersum SC! A do tego są jeszcze powieści ze świata Diablo, Warcrafta, Gears of War czy Halo. Więc na brak lektury przez najbliższy rok na pewno nie będę narzekać. Czytaj dalej
Wiem, że masz duszę, Jeremy Clarckson – wrażenia z lektury
Zdarzyło mi się kilka razy oglądać Top Geara – muszę przyznać, że chłopaki mają naprawdę niesamowite pomysły czasem. I oglądalność tak astronomiczną, że mogę sfinansować nawet najdziwniejsze koncepty (jak na przykład palenie, bodaj, Nissana Sunny silnikiem odrzutowca). A że w ręce wpadł mi zbiór felietonów Jeremyego Clarcksona, jednego z prowadzących, postanowiłem dać mu szansę.
Początkowo bawiłem się świetnie – żarty były świeże i, co najważniejsze, faktycznie zabawne. Każdy z felietonów – traktujących o kultowych, zdaniem autora, maszynach – bogaty był również w ciekawostki tak techniczne, jak i historyczne. W końcu wiem coś więcej o składach armii stron amerykańskiej i japońskiej z czasów końca II Wojny Światowej. Niestety, jest to danie, które powinno się jeść małymi kęsami (a ja je przetrawiłem w dwa dni…). Od połowy, każdy kolejny felieton robił na mnie wrażenie nie tylko coraz bardziej wtórnego, ale i… pisanego trochę na kolanie. Czyżby autor sam miał dosyć w pewnym momencie tematu, którego się podjął? Czytaj dalej
Wrzesień, Tomasz Pacyński – wrażenia z lektury
Miałem kiedyś okazję czytać „Smokobójcę” Tomasza Pacyńskiego – nie była to lektura szczególnie frapująca, ale za to w miarę wartka i przyjemna. Dlatego nie miałem też większych obaw przed zakupem „Września”, którego wypatrzyłem w nieprzyzwoicie niskiej cenie na straganie „Taniej książki”. Niestety, tej lektury nie mogę już opatrzyć tymi samymi epitetami, których użyłem przed chwilą w przypadku „Smokobójcy”…
Mija właśnie tydzień, odkąd skończyłem czytać ową powieść, i przyznam się szczerze, że już w tej chwili ciężko mi powiedzieć, o czym była. W pamięci pozostały przede wszystkim takie określenia, jak „bełkot” czy „psychologiczna mielizna”. Początkowo głównym bohaterem jest niejaki Wagner – nazywany wiedźminem ze względu na swój „zawód”. W powojennej Polsce ściga różne bestie, nie będące jednak mutantami, a „po prostu” żołnierzami, okupantami. Oczywiście, nie robi tego za darmo – inaczej nie mógłby się nazywać wiedźminem… Zanim jednak zdążyłem wciągnąć się w wątki z nim związane, do baru wszedł Kędzior – w tym miejscu autor uraczył nas obszerną retrospekcją na temat nowej postaci. Retrospekcja się skończyła i Kędzior miał już zająć miejsce przy stole obok Wagnera, gdy do knajpy wszedł Frodo (tak, był niski i przypominał hobbita…). Oczywiście, była to świetna okazja do kolejnej długiej retrospekcji, przybliżającej nam postać konusa. I tak w koło Macieju… W pewnym momencie nie wiedziałem już nawet, który fragment należy od „czasu rzeczywistego” powieści, a który jest jedynie przebłyskiem z przeszłości. Czytaj dalej
A Ty? Czy też jesteś n00bem?
Podczas licznych partii rozegranych ze znajomymi z grupy dziekańskiej (i Kirqiem) w Modern Warfare 2 naszło mnie pytanie. Co to znaczy być “n00bem”? Szczególnie w kontekście tego właśnie tytułu. Teoretycznie “n00bem” – czy też bardziej poprawnie “newbe” – jest osoba nowa w danym temacie, ewentualnie o bardzo ograniczonych umiejętnościach (powiedzmy sobie wprost – bez skilla). Natomiast w największym przeboju Infinity Ward, mam wrażenie, sytuacja jest dokładnie odwrotna. N00bami zostają Ci, którzy najbardziej efektywnie potrafią wykorzystać dostępne wyposażenie.
O co mi chodzi? Pewnie każdy z Was, kto miał okazję zetknąć się z MW2 (czy też niemalże każdym innym sieciowym shooterem), został przynajmniej raz nazwany “n00bem”. I to zapewne nie przez to, że drużyna straciła jeden z punktów kontrolnych w trybie dominacji przez jakieś wyjątkowo skiepszczone zagranie. Obstawiałbym, że zapewne mieliście “czelność” zabić kogoś z użyciem granatnika. Albo pistoletu maszynowego G18. Albo, o zgrozo, nożem. Ba, zdarzyło mi się kiedyś otrzymać tytuł “shotgun n00ba” ze względu na sam fakt, iż wyciąłem w pień trzech przeciwników kilkoma celnymi salwami z automatycznej strzelby. Czytaj dalej











