Tak się jakoś wszystko ułożyło, że podczas wyjazdu na działkę padła mi bateria w czytniku, a – jak się okazało – nie miałem przy sobie kabla od ładowarki (to pierwszy przypadek, w którym rozładowała mi się bateria w książce – ciekawe wrażenie). Zabrałem się więc za zbiór opowiadań Mai Lidii Kossakowskiej, „Więzy krwi”. Kiedyś, ze względu na „Siewcę wiatru” między innymi, naprawdę lubiłem twórczość owej autorki. Z czasem jednak zaczęły się pojawiać powieści, które zdecydowanie nie trafiły w mój gust – jak na przykład „Ruda sfora” – co ostatecznie spowodowało, że narobiły mi się straszne zaległości. Teraz zaś była okazja, by je choć trochę nadrobić.
Ów zbiór nie został stworzony według żadnego klucza – to po prostu kilka niepowiązanych ze sobą opowiadań (z jednym wyjątkiem). Choć ciekawe w ich przypadku jest to, że są ułożone chronologicznie, więc możemy zobaczyć, jak ewoluował styl Kossakowskiej (a według mnie faktycznie ewoluował). Co więcej, zdecydowanie bardziej przypadły mi do gustu właśnie teksty napisane później.
Po skończonej lekturze miałem bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony większość opowiadań czytało się wartko, ale na przykład najdłuższe z nich, nazwane zresztą „mikropowieścią” – „Zwierciadło” – zrobiło na mnie wrażenie cokolwiek dziurawego i niespójnego. Owszem, jako czytadło sprawdziło się nieźle, ale fabuła i konsekwencja momentami bardzo poważnie kulały. Najbardziej zaś zadowolony czułem się po przeczytaniu tytułowych „Więzów krwi”, które nawiązywały do twórczości Lovecrafta. Dobre wrażenie zrobił również „Smutek”. Ogólnie więc – było na czym wzrok i myśli skupić, ale bez większego zachwytu po dotarciu do ostatniej strony.
Powiązane materiały:-Czerń, Maja Lidia Kossakowska – czyli jak sprzedać strumień własnych myśli
-Wilcza krew, smoczy ogień, Romuald Pawlak – recenzja
-Alpha Team, Robert J. Szmidt – wrażenia z lektury
-Wydrwiząb, Eugeniusz Dębski – recenzja
-Klejnot i wachlarz, Feliks W. Kres – wrażenia z lektury












