Kocham filmy muzyczno-taneczne i się z tym nie kryję, ani się tego nie wstydzę. Z chęcią chodzę na wszlekie „Step upy” i „Street Dance’y”, pod warunkiem, że nie mają zbyt rozbudowanej fabuły, ale za to są naszpikowane efekciarskimi choreografiami i miłą dla ucha muzyką. Nie było dotąd jednak naprawdę dobrej produkcji w klimatach nie tylko tanecznych, ale również wokalnych. Nie było do dziś, a raczej do dnia premiery „Burleski”.
Historia jest bardzo prosta. Poznajemy Ali (Christina Aguilera) dokładnie w momencie, kiedy postanawia zerwać ze swoim szarym, podmiejskim życiem i pracą za ladą. Wyjeżdża do Los Angeles, żeby skorzystać z talentów, którymi została obdarowana – innymi słowy: chce tańczyć i śpiewać na estradzie. Dowolnej estradzie, na początek może być wszystko. O pracę nie jest łatwo, ale ostatecznie udaje jej się zahaczyć w lokalu o wdzięcznej nazwie „Burleska”, będącej czymś na kształt nocnego klubu dla dżentelmenów. Zadaniem dziewczyn jest, owszem, rozpalanie męskich zmysłów, ale nie w stylu, do jakiego przyzwyczaiła nas Demi Moore w swoimi „Striptizie”. Nasza bohaterka zaczyna się piąć na szczyt lokalnej hierarchii ważności pod czujnym okiem Tess (Cher), która z kolei walczy z kapitalistycznymi krwiopijcami, próbującymi odebrać jej lokal.
Innymi słowy, jest to opowieść rodem z filmu, który był u nas znany pod tytułem „Just dance”*. Skąd więc bierze się różnica, że „Just dance” było totalną szmirą pierwszej wody, a „Burleska” zasługuje na najwyższe noty. Otóż, omawiana prosta historia została opakowana w naprawdę sprawnie napisany i błyskotliwy scenariusz. Owszem, momentami można mieć wrażenie, że motywacje niektórych postaci są wątpliwe, ale to nie ważne – grunt, że sam scenariusz eksponuje seksowne choreografie oraz genialne głosy Aguilery oraz Cher.
Właśnie, wymienione przed chwilą dwie panie są kolejnymi powodami, dla których „Burleska” jest po prostu rewelacyjna. Zamiast zatrudniać świetne aktorki, zatrudniono świetne piosenkarki, które przy okazji całkiem nieźle grają (zresztą, Cher akurat ma za sobą całkiem sporą karierę na srebrnym ekranie). I tak powinno być zawsze. To jest błąd, który popełnili twórcy polskiego „Kochaj i tańcz”, którzy w głównych rolach obsadzili aktorów, a nie tancerzy. I to kiepskich aktorów, zaś jedna z zatrudnionych tancerek, Iza Miko, prawie nie tańczyła. Ale to temat na inny materiał. Grunt, że twórcy „Burleski” podeszli do tematu od dobrej strony i zatrudnili właściwe osoby na właściwe stanowiska. Ba, zwerbowali nawet Stanleya Tucciego – mojego ulubionego aktora drugoplanowego, który, jak to mu się często zdarza, dostał rolę osoby o niekonwencjonalnej seksualności.
„Burleska” jest wypchana po brzegi właśnie tym, co lubię – efekciarstwem. Choreografie są rewelacyjne i po prostu nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu. Co więcej, w przeciwieństwie do filmów, skupiających się tylko na tańcu, tu mamy jeszcze dwa genialne głosy, które jeszcze bardziej podkręcają temperaturę. Jeśli lubicie takie klimaty, to „Burleska” jest dla Was pozycją po prostu obowiązkową! Dodam też, że jeśli słuchaliście już muzyki z filmu, to miejcie świadomość, że w połączeniu z tańcem i wyszukanymi choreografiami, brzmi ona jeszcze lepiej. Złoty Glob dla najlepszej piosenki filmowej zdecydowanie był zasłużony – szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, że jakakolwiek inna produkcja mogłaby go zgarnąć.
*Jest to intrygujący przykład kreatywnego tłumaczenia z angielskiego na angielski przez polskich tłumaczy – film w oryginalne nosił tytuł „Make it happen”.
Zachęcam również do obejrzenia mojej videorecenzji „Burleski”.
Powiązane materiały:-Juiced 2 – Tak powinien wyglądać każdy drift!
-Fable II: Knothole Island – Tak dobra gra, tak słaby dodatek…
-Van Buren – czyli jak Fallout 3 mógł (i powinien) wyglądać
-Death Race – Tak powinny wybuchać wszystkie samochody
-Gdyby tak recenzja mogła sobie odleżeć… I Batman też.














