Czy ktoś z Was ma tak, że jeśli wszyscy coś polecają, to znaczy, że trzeba to ominąć, gdyż pewnie i tak się zawiedziecie? Tak? To dla Was mam specjalny tytuł tego tekstu… „Omijajcie szerokim łukiem!”. No, teraz mam nadzieję, że zrobicie mi na złość i bilety na „Jak zostać królem” też kupicie.
Przechodząc do meritum sprawy – „Jak zostać królem” jest opowieścią o trudnych początkach władzy angielskiego monarchy, Jerzego VI. Co więcej – opowieścią ponoć opartą na faktach, w co wierzyć mi się nie chce. Czemu, spytacie? Temu, że gdyby osoba tak urocza i poczciwa, jak postać wykreowana przez Colina Firtha, zasiadła na jakimkolwiek tronie, zapewne zapanowałby ogólnoświatowy pokój. Jak wiadomo, nic podobnego w 1939 roku nie miało miejsca (Jerzy VI objął tron w 1936).
Temat mnie zainteresował na tyle, że w najbliższym czasie chciałbym więcej poczytać właśnie o Jerzym VI. Na razie zweryfikowałem tylko część informacji – jak głosi fama, ponoć nie był osobą szczególnie inteligentną… Co w filmie zostało ukazane oczywiście zgoła inaczej.
Jednak nie dywagacje historyczne mają być tematem tego tekstu a sam film. Oderwijmy się więc od faktografii i skupmy na reszcie szczegółów. Na dobrą sprawę, „Jak zostać królem” ma same mocne strony. Scenariusz jest poprowadzony wręcz rewelacyjnie, zaś dialogi to istny majstersztyk. Największa zasługa leży chyba jednak po stronie aktorskiej trójcy – wspomnianego Colina Firtha oraz Heleny Bonham Carter i Geoffreya Rusha. O ile Helena miała rolę drugoplanową, o tyle kapitan Barbossa w rzeczywistości grał pierwsze skrzypce wraz z Jerzym IV. Brawurowo wcielił się w rolę logopedy o dosyć niestandardowych metodach. Ciężko to opisać, żeby nie psuć zabawy, więc muszę się niestety posłużyć banałem: powinniście to po prostu zobaczyć sami.
Muszę przyznać, że dotąd zdecydowanie zbyt nisko ceniłem Geoffrey’a Rusha – głównie przez przeciętną znajomość filmów, w których grał. Po obejrzeniu „Jak zostać królem” wiem, że muszę ten stan rzeczy zmienić.
Jeśli chcecie się przejść w najbliższym czasie do kina, według mnie to zdecydowanie jedna z najlepszych aktualnie propozycji. Czekam na rozdanie Oscarów – jestem niezmiernie ciekaw, czy po raz kolejny najważniejszą statuetkę zgarnie film co najwyżej przeciętny (jak „Miasto gniewu” na przykład), czy może jest jednak szansa na docenienie obrazu naprawdę dobrego.
PS: Mam do Was pytanie, odchodzące trochę – a nawet bardzo – od głównego tematu tej recenzji. Jak Wam się podobają teksty napisane głównie pod kątem takim, czy na dany film warto wydać pieniądze i poświęcić swój czas? Wolelibyście, żeby się rozwodził nad każdym szczegółem, czy właśnie dawał Wam wskazówki, co warto obejrzeć, zdradzając jak najmniej z fabuły? Wasze opinie zdecydowanie wpływają na kształt moich tekstów, gdyż nie chcę ich pisać wyłącznie dla siebie i do szuflady.
Powiązane materiały:-Green Hornet 3D – film, którego nie było














