Micheal Bay wyprodukował już naprawdę sporo głośnych, popcornowych filmów. Efekty jego pracy są najróżniejsze, ale na ogół można liczyć na całkiem niezłą i obrzydliwie głupią zabawę. Tak jest właśnie z jego najnowszym filmem, który klisze zjada na śniadanie i popija je efektami specjalnymi.
Historia do złudzenia przypomina wszystko to, co widzieliśmy już w całej masie innych produkcji. Jest to tradycyjny motyw nastolatka obdarzonego z tego czy innego powodu nadprzyrodzonymi mocami. Akurat w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z niejakim Johnem (Alex Pettyfer), który postanowił wcielić się w lokalnego Supermena, przybywając z innej planety. Sęk w tym, że na początku było łącznie dziewięć osób podobnych do niego, a teraz zostało już tylko sześć. Pierwsze trzy niestety zostały upolowane przez agresorów, którzy wcześniej zniszczyli rodzinny glob Johna, a teraz chcą się uporać z niedobitkami.
Oczywiście, w to wszystko zostały wplątane efekty specjalne, motyw braku akceptacji ze strony społeczeństwa, efekty specjalne, tragiczna miłość, efekty specjalne i inne ważne problemy społeczne. Można chyba spokojnie powiedzieć, że w tym wypadku w zakresie produkcji Michael Bay poczynił całkiem sensowne kalkulacje, nie przesadzając z ekspozycją żadnej z części składowych. Liczne sceny akrobatyczne, wybuchy i walki są przetykane w miarę strawnym i nieźle nakręconym wątkiem fabularny, który jako tako trzyma się kupy, dopóki ktoś nie zacznie zadawać pytań. Warto też dodać, że całość nie została wykonana w technologii 3D, więc można iść do kina bez obawy o usmażenie mózgu.
Żebyście jednak nie mieli wątpliwości – nie uważam, żeby „Jestem numerem cztery” było dobrym filmem. Nie, jest filmem co najwyżej niezłym, a i to tylko wtedy, jeśli macie odpowiedni humor, idąc do kina. Jeśli akurat będziecie w nastroju na wytykanie wszystkich zawartych w scenariuszu idiotyzmów, to najprawdopodobniej serce Wam wysiądzie przed końcem seansu. Jeśli zaś przeglądając repertuar, przy wszystkich tytułach notujecie sobie współczynnik stężenia efektów specjalnych na centymetr kwadratowy kliszy, macie szansę czuć się usatysfakcjonowani. Co więcej, specjaliści od castingu zadbali, by zarówno panie, jak i panowie mogli sobie popatrzeć na osoby całkiem miłe dla oka, których co prawda aktorami nazwać ciężko, ale przynajmniej nieźle się prezentują.
Na deser dodam, iż jest to jeden z tych filmów, który bada grunt i zostawia sobie liczne furtki na potrzeby przyszłych kontynuacji. Jeśli „Jestem numerem cztery” dobrze się sprzeda, na bank zobaczymy „Jestem numerem pięć”, a może nawet „Jestem numerem dziewięć” w przypadku, gdy wpływy do kasy zaskoczą samego Michaela Baya. Podczas seansu pojawia się naprawdę sporo wątków, które nie znajdują rozwiązania. Jeśli nie lubicie takich raczej tanich zagrywek, miejcie to lepiej na uwadze, kupując bilet.
Zachęcam również do obejrzenia mojej videorecenzji „Jestem numerem cztery”.
Powiązane materiały:-Męska Historia – Męska historia. Bez biegania po stołach
-Don Juan DeMarco – Johnny Depp: Prawdziwa historia
-Harry Potter 7/1 – może chociaż fanom się spodoba














