Sanctum 3D – National Geographic na srebrnym ekranie

Sanctum 3D - plakat

Kocham zapach ściemy o poranku. Bo jak inaczej nazwać sytuację, kiedy „Sanctum” nazywa się „kolejnym filmem Camerona”? To tak samo film Camerona, jak „Księga ocalenia” była filmem „twórców Matrixa”. Zgadza się – tylko producent jest ten sam. Nie mówię, że to nie jest jedna z kluczowych figur w procesie produkcji hitu, ponieważ faktycznie jest. Ale dobry producent nie zastąpi dobrego reżysera czy scenarzysty, a tych w przypadku tak „Księgi wyzwolenia”, jak i „Sanctum”, po prostu zabrakło.

Historia jest typowa. Poznajemy chłopca – zdolnego, sprawnego, inteligentnego i lubianego przez wszystkich. Oczywiście, przez wszystkich poza jego własnym ojcem (Richard Roxburgh). Pech chciał, że latorośl nie chciała iść za bardzo w ślady rodziciela i zostanie światowej sławy grotołazem-odkrywcą po prostu się młodemu Joshowi (Rhys Wakefield) nie widzi. Był to jednak jeden z tych dni, kiedy zszedł kilka mil w głąb jaskini, żeby oprowadzić głównego mecenasa całej wyprawy (Ioan Gruffudd) wraz z jego przyszłą narzeczoną (Alice Parkinson). Traf chciał, że tego dnia zaczęła się burza, która według TVN Meteo miała wziąć jeszcze chwilę na wstrzymanie. Nie wzięła i jaskinię zalała. Oczywiście, to stwarza warunki do nowych odkryć i pojednania ojca z synem.

Brzmi banalnie? Takie jest. Problem nie tkwi jednak w małej złożoności scenariusza, a w jego koszmarnym prowadzeniu. Dialogi są napisane po prostu beznadziejne, przez co słabi aktorzy jeszcze bardziej nie wiedzieli, co z nimi zrobić i skończyło się na tym, że młody Josh w chwilach stresu próbował naśladować akcent Arnolda. Naprawdę. Oczywiście, same relacje też są oparte ma bardzo słabych i naciąganych stanach emocjonalnych, a przez zbytnie wyeksponowanie zdążą widza niemalże sobą zakatować.

Na szczęście, mocną stroną filmu są te dwa elementy, które też były od początku jego wizytówkami – dobre 3D i niesamowite widoki. W tym pierwszym przypadku naprawdę widać, że to Cameron maczał palce przy produkcji, ponieważ głębia obrazu jest bliska rewelacyjnej. Technologia została tu też dobrze połączona z ciekawymi pomysłami – szczególnie spodobało mi się skakanie w głąb gigantycznej jaskini ze spadochronem czy lot helikopterem wzdłuż rzeki, poniżej poziomu koron drzew. Te widoki naprawdę wyryły mi się w pamięci.

Niestety, wspomniane wyżej bajery to po prostu zbyt mało, by uczynić z „Sanctum” dobry film. Reżyser zupełnie zarżnął napięcie – od pewnego momentu można ze stuprocentową skutecznością wskazać, kto zginie w ciągu najbliższych pięciu czy dziesięciu minut. Ba, pod koniec seansu z kolegą dopowiadaliśmy wszystkie kwestie za aktorów. Żeby się już bardziej nie męczyli. Ponadto, film trwa prawie dwie godziny. Lepsza połowa jest poświęcona na widoki, zaś połowa znacznie gorsza – na relację „ojciec-syn”. Gdyby wyciąć tę drugą, dostalibyśmy naprawdę niezły film przyrodniczy w 3D. Tylko że raczej mało kto płaci za oglądanie w kinie filmów przyrodniczych w 3D… Dodam jeszcze, że gdyby usunięto jednak tę lepszą połowę produkcji, żądałbym chyba zwrotu pieniędzy za bilet…

PS: Od wpisania na listę Totalnych Szmir, „Sanctum” zostało uratowane tylko dzięki 3D i widokom. Mało, ale powiedzmy, że na obecność w archiwum owego znamienitego taga jednak nie zasługuje.

Brak powiązanych materiałów

Powiązane tematy (tagi): , , , , ,
Dołącz do mojej grupy na FacebookuSubskrybuj mojego RSS-aŚledź mnie na TwitterzeŚledź mnie na Blipie
Jeśli podobają Ci się moje materiały, zachęcam do dołączenia się do strony Personalnego Blogu Kulturalnego na Facebooku. Możesz mnie też śledzić na Twiiterze i polskim Blipie. Jeśli chcesz być na bieżąco, proponuję subskrypcję RSS-a.
  • http://nyantara.deviantart.com Nyantara

    A zastanawiałam się, czy pójść na ten film.
    Teraz wiem, że nie ma po co.