Jestem bogiem – zmarnowany potencjał; znowu

Jestem Bogiem - plakat

Ostatnio kinematograficzny świat daje mi naprawdę sporo powodów do mówienia o zmarnowanym potencjale. Najpierw było „Dzień dobry TV”, które miało szansę za tytuł solidnej, lekko absurdalnej komedii, a ostatecznie uderzyło w tani sentymentalizm. Teraz zaś film, na który czekałem z zainteresowanie tylko po to, by z sali kinowej wyjść mocno zmieszanym. Mowa, jak już się zapewne domyśleliście po tytule wpisu, o „Jestem bogiem”.

Tym razem głównym bohaterem jest Eddie Morra  (Bradley Cooper) rzekomy pisarz, bez żadnej książki na koncie. Człowiek, który wiecznie dobrze się zapowiada. Jego losy odmienia jednak wejście w posiadanie cudownego specyfiku, który odblokowuje pełny potencjał mózgu. Jaki miał wpływ na Eddiego? Zdecydowanie zbawienny. Pan Morra skończył swoją książkę w cztery dni, przestał wyglądać jak kloszard i zaczął pomnażać majątek na giełdzie. Wiadomo, że taka nagła zmiana scenariusza w jego życiu musiała przyciągnąć uwagę wielu osób.

Pomysł na „Jestem bogiem” bardzo mi się podobał od samego początku, już od czasu obejrzenia pierwszego trailera. Pierwsza połowa filmu również była naprawdę obiecująca – jeśli tylko ktoś był w stanie przyjąć koncept cudownego leku, czy może raczej narkotyku, to reszta intrygi naprawdę nieźle potrafiła wciągnąć. Pojawił się jednak klasyczny problem, czyli gigantyczny spadek formy od połowy filmu. Można było odnieść wrażenie, że scenarzysta pogubił się trochę we własnych pomysłach, co poskutkowało kilkoma sporymi błędami logicznymi, które w takich filmach są naprawdę dokuczliwe. To jeszcze można byłoby jednak wszystko wybaczyć, gdyby nie to, że zakończenie sprawiło, iż po prostu się poddałem i dalsze doszukiwanie się sensu w „Jestem bogiem” nie miało dla mnie – cóż – sensu.

Na pochwałę zasługuje całkiem niezłe aktorstwo Bradleya Coopera, którego osobiście bardzo polubiłem po obejrzeniu odświeżonej „Drużyny A”. Miło też zobaczyć Roberta De Niro, która nie jest podobnie poniżająca do tej z „Poznaj naszą rodzinkę”. Od całości odstawała niestety, według mnie, Abbie Cornish, której aktorstwo było, delikatnie mówiąc, drewniane. I to w takim stopniu, że rzucało się w oczy, mimo iż wspominana pani dostała jedynie rolę drugoplanową czy wręcz niemalże epizodyczną.

Kończąc temat, muszę dodać, że „Jestem bogiem” nie jest złym filmem. Jest po prostu filmem średnim, który miał potencjał by być dobrym. Bradleya Coopera miło się ogląda, główny bohater miewa błyskotliwe teksty, a sama intryga przez długi czas wciąga. Stąd też zawód jest tym większy. Kole w oczy również morał płynący z „Jestem bogiem” – bieżcie dragi, a będziecie królami maklerskiego parkietu (i kilku innych parkietów również). Nie była to jednak bajka dla dzieci, ani rozprawa filozoficzno-moralizatorska, więc temat promowania wątpliwych wartości nie gra tu szczególnej roli. Choć warto o nim mimo wszystko wspomnieć, gdyż nie kojarzę drugiej podobnie popkulturowej produkcji, która w równie jednoznaczny sposób by sugerowała, iż naprawdę warto brać dopalacze. Wy zaś pamiętajcie, co na ten temat ma do powiedzenia Marcin Gortat, zaś na film przejdźcie się na własną odpowiedzialność, gdyż ciężko mi go osobiście polecić.

Zachęcam również do obejrzenia mojej videorecenzji filmu „Jestem bogiem”.

Powiązane materiały:
-Jestem numerem cztery – kolejna historia kolejnego Supermana
-Jestem numerem cztery – videorecenzja filmu
Powiązane tematy (tagi): , ,
Dołącz do mojej grupy na FacebookuSubskrybuj mojego RSS-aŚledź mnie na TwitterzeŚledź mnie na Blipie
Jeśli podobają Ci się moje materiały, zachęcam do dołączenia się do strony Personalnego Blogu Kulturalnego na Facebooku. Możesz mnie też śledzić na Twiiterze i polskim Blipie. Jeśli chcesz być na bieżąco, proponuję subskrypcję RSS-a.