Marvel od wielu lat stara się udowodnić, że komiksy da się przenieść na srebrny ekran, uzyskując przy tym oszałamiający efekt. Wiele razy już się udało – wystarczy chociażby wspomnieć „X-Menów” czy „Iron Mana”. Czasem wynik finalny pozostawiał wiele do życzenia, ale dał się oglądać – tak było między innymi z serią o Spider-Manie, która z części na część stawała się coraz mniej strawna. Uczciwie trzeba też nadmienić, że pojawiły się prawdziwe potworki, jak „Elektra”. Jak myślicie, do której grupy zalicza się dopiero co wpuszczony do kin „Thor”?
Przyznaję, że z komiksów Thora kojarzę tylko oględnie – wiem, że był i w sumie na tym kończy się moja imponująca wiedza. Siłą rzeczy więc, wybierając się na seans, nie musiałem się martwić o takie detale jak to, czy ktoś zeszmaci bohatera z czasów mojego dzieciństwa. Nie mam więc też pojęcia, jak daleko wylądowało jabłko od jabłoni i czy filmowy Thor jest równie niesamowity, co ten komiksowy. Bo trzeba Wam wiedzieć, że niesamowity zdecydowanie jest.
Jak zapewne pamiętacie z lekcji mitologii nordyckiej, której nikt nie miał w podstawówce, Thor jest synem Odyna i przy okazji bogiem piorunów. W wydaniu filmowym zostaje wygnany ze swojej ojczyzny, Asgardu, za niesubordynację i narażenie całej krainy na wyniszczającą wojnę. Zanim będzie mógł powrócić i zająć należny mu tron, musi sprostać wyzwaniom, czekającym na niego na Ziemi, na którą został zesłany. Trzeba tu koniecznie odnotować fakt, iż Thor został obdarty ze swoich boskich mocy, a symbol jego potęgi – młot Mjöllnir – został mu odebrany. W całą intrygę zamieszany jest również jego brat – Loki – którego intencje nie są tak czyste, jak początkowo mogłoby się wydawać.
Filmowa historia należy zdecydowanie do tych, które są proste i nieskomplikowane, ale potrafią zainteresować i wyzwolić w widzu głęboko skrywane pokłady zainteresowania losami bohaterów. Duża w tym zasługa świetnie dobranej obsady. W Odyna wcielił się sir Anthony Hopkins, rola Thora przypadła dosyć nowemu w Hollywood Chrisowi Hemsworthowi, zaś w obiekt westchnień boga piorunów wcieliła się Natalie Portman. Specom od castingów należy się za ten dobór piątka z dużym plusem za świetnie odrobioną pracę domową.
Niezależnie od jakości scenariusza czy obsady aktorskiej, po filmach Marvela zawsze można się spodziewać świetnych efektów specjalnych, zapierających dech w piersiach scen i rewelacyjnej muzyki. Nie inaczej jest i w tym wypadku. Wizualna strona „Thora” stoi na najwyższym poziomie, zaś sceny rozgrywające się Asgardzie potrafią pobudzić wyobraźnię. Mam uwagi jedynie do części kadrów z naszej rodzimej planety – czasem stroje wyglądały na zdecydowanie bardziej plastikowe niż jest to dopuszczalne w tak wysokobudżetowej produkcji.
Zanim przejdziemy do podsumowania, warto wspomnieć o pewnej ciekawostce. Jeśli oglądaliście „Iron Mana 2″, kojarzycie zapewne organizację TARCZA, która zaczęła się ostatnio przewijać w marvelowskich filmach. Otóż, pojawia się ona i tym razem, a jak informują napisy wieńczące seans, Thor – tak jak i wielu innych bohaterów – pojawi w nadchodzącej wielkimi krokami serii „Avangers”. Innymi słowy – fani ekranizacji komiksów mają na co czekać w roku 2012.
Cóż tu wiele mówić, „Thor” jest solidnym kinem superbohaterskim, które podnosi poziom adrenaliny we krwi i potrafi zachwycić monumentalnością, a czasem umie też rozbawić. Przyznaję jednak, że jak dla mnie, film mógłby trwać spokojnie jeszcze z pół godziny więcej. Nie ma tu może takiego nadmiaru treści, jakim zostali przygniecieni widzowie w drugiej części „Iron Mana”, ale mimo wszystko niektóre wątki zyskałyby znacząco, gdyby miały więcej czasu na ewolucję. Wychodząc z kina, można mieć uczucie, że pewne zdarzenia następowały zbyt szybko po sobie, niszcząc poniekąd wiarygodność postaci. Nie zmienia to jednak mojego zdania na temat „Thora” – to pozycja obowiązkowa dla wszystkich fanów komiksów.
Zachęcam również do obejrzenia mojej videorecenzji „Thora”.
Brak powiązanych materiałów














