Albo miałem halucynacje, albo pierwszy film o Transformerach był zaskakująco dobry. Ba, wręcz bardzo dobry. Tym większy ból sprawiło mi oglądanie drugiej części, która była ewidentnym dowodem na to, że twórcy brali już zbyt mocne dragi, a Megan Fox nie powinna nosić białych kozaków. Trójka jest lepsza od dwójki tylko z jednego powodu. Mianowicie, zgodnie ze wszystkimi prawami prawdopodobieństwa gorsza po prostu być nie mogła.
Zacznijmy od omówienia podstawowego błędu, który został popełniony nie tylko w poprzedniej odsłonie filmu o wielkich robotach, ale też w piątej części „Szybkich i wściekłych”. Otóż, jeśli idę na rzeczonych szybkich, co się wściekli, chcę dwóch rzeczy – ładnych wozów i szybkich pań (czy jakoś tak). Panie na seansie oczywiście mogą liczyć wtedy na walory Vina Diesela. Kiedy zaś wchodzę do kina i zamiast samochodów mam ciążę jednej z bohaterek, to wiem, że coś się dzieje. Złego się dzieje. Nie chcę dramatu, nie chcę fabuły, chcę Forda Mustanga i driftu! Jak to się ma do najnowszego filmu Michaela Baya? Otóż, idąc na film pod tytułem „Transformers”, co chcę zobaczyć? Przerośnięte roboty, które zamieniają się w Forda Mustanga i driftują. Albo przeistaczają się w wielkiego 18-kołowca i są tak fajne, że adrenalina mnie rozsadza od samego patrzenia na nie. Jak więc myślicie – jak się czułem, kiedy okazało się, że „Transformers 3″ skupia się bardziej na tym, czy jakiś tam Sam dostanie pracę, czy jej nie dostanie? I czy sukienka głównej bohaterki się nie ubrudzi? Albo szminka nie rozmaże? Robotów było w tym filmie tak mało, że ze szczęśliwej kozy, zmieniłem się w bardzo, bardzo smutną pandę.

Tak, to jest podstawowy grzech tego filmu – skupia się nie na tym, na czym powinien. Zresztą, bądźmy łaskawi i pomińmy w ogóle pierwszą połowę filmu, która jest przegadana do bólu i skupia się na kompletnie idiotycznych zagadnieniach fabularnych, które z robotami nie mają nic wspólnego. Przejdźmy od razu do drugiej połowy. Przyznaję – jest diablo efektowna. Przebija wizualnie większość, jeśli nie wszystkie filmy o inwazji obcych, które ostatnio pojawiły się w kinach. Akcja jest dynamiczna, widowiskowa, zgrabnie nakręcona i posiada kilka oryginalnych scen czy konceptów. Ale! Sęk w tym, że przez 80% czasu twórcy skupiają się na ludziach i ich akcjach militarnych. Albo na Samie, który w zrujnowanym Chicago szuka swojej miłości. Optimus Prime ma może kilka minut walki więcej niż to widzieliśmy na trailerach. Wielki robot-stonoga – nie mylić z „Ludzką stongoą” – który pożera budynki, ma chyba tylko o jedną scenę więcej niż to miało miejsce w zajawkach. Megatron pojawia się tak rzadko, że prawie zapomniałem, jak wygląda. Co więcej, gdy już Optimus Prime walczy, okazuje się, że jest – przepraszam kolokwializm – cieniasem, który przegrywa starcie ze zwitkiem kabli. Czułem się oszukany, patrząc na takie sceny.
Trzeba tu jeszcze dorzucić jeden zarzut – otóż, całość w przynajmniej kilku miejscach była bardzo dziwnie zmontowana. Sceny z udziałem ludzi ciągnęły się w najlepsze i płynnie przechodziły z jednej w drugą. Natomiast gdy ważne z punktu widzenia fabuły ujęcia dotyczyły robotów, często reżyser przeskakiwał z problemu od razu do jego rozwiązania, nie pokazując w ogóle drogi, jaką bohaterowie musieli przebyć. Jeśli Optimus musiał coś osiągnąć, coś zdobyć, z kimś wygrać, w następnym ujęciu przechodziliśmy do sceny, w której było już dawno po wszystkim.
To tyle, jeśli chodzi o opinię na temat filmu z punktu widzenia fana Transformerów, który naoglądał się ich w dzieciństwie co nie miara. A czy sam film, w oderwaniu od bagażu popkulturowego, nadaje się do czegokolwiek? Tak jak powiedziałem już wcześniej – to bardzo solidnie nakręcona produkcja o inwazji obcych na naszą piękną planetę. Efekty są bajeczne, wybuchy epickie, a przewijające się w tle roboty robią wrażenie. Jeśli nie macie żadnej emocjonalnej więzi z Autobotami czy Decepticonami, liczą się dla Was tylko efekty specjalne i potraficie przełknąć kompletnie przegadaną fabułę, to może się okazać, że to produkcja dla Was. Tylko ostrzegam lojalnie – ostatni warunek jest naprawdę istotny, ponieważ film trwa dwie i pół godziny, a scenariusz potrafi naprawdę nieźle przynudzić.
Ostateczny werdykt na temat tego, czy warto wydać ciężko zarobione pieniądze na ten film, pozostawiam Wam. Sam za bardzo lubię stare, dobre Transformery, żeby uczciwie się w tym zakresie wypowiedzieć. Jako ich fan, sugerowałbym spalenie wszystkich kopii filmów na stosie. Weźcie też poprawkę na to, że mało gdzie wyświetlana jest wersja 2D. Jeśli więc jesteście ciekawi najnowszej produkcji Michaela Baya, stworzonej we współpracy ze Spielbergiem, a nie chcecie wydawać 25 czy 30 złotych na bilet, to sugeruję chyba poczekać do czasu premiery na DVD.
Zachęcam również do obejrzenia mojej videorecenzji filmu „Transformers 3″.
Powiązane materiały:-Kod nieśmiertelności – drugi „Moon” czy może jednak nie?














