Wiele razy zaczynałem recenzję filmu Marvela od informacji, iż ów Marvel coraz bardziej nas rozpieszcza, wypuszczając kolejne i kolejne filmy. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale ogółem nie schodzące poniżej pewnego, wysokiego według mnie, poziomu. Teraz zaś… cóż, miałbym kolejny powód, by tak zacząć materiał, ponieważ na ekrany kin wszedł Kapitan Ameryka, będący bohaterem już trzeciej w tym roku komiksowej adaptacji. I znów jest dobrze. Marvel nas rozpieszcza.
Uprzedzając wszystkie wątpliwości – tak, ten film jest tak niemiłosiernie patetyczny i podniosły, jak tylko było możliwe. Miejcie to na uwadze. Recenzję przygotowałem z punktu widzenia osoby, która pogodziła się z faktem, że powiewające w tle flagi USA to standardowy wystrój każdego mieszkania, więc pewnych elementów nie będę się czepiał. Jeśli w trailerze poświęca się większość czasu na osobę znaną z noszenia białych skrzydełek na niebieskim hełmie, to uważam, że twórcy mnie uczciwie ostrzegli i należy im się sprawiedliwość. Innymi słowy, jeśli macie alergię na tak zwaną „amerykańskość” w kinach, nie idźcie na „Kapitana Amerykę”. Między innymi dlatego, że już w tytule ma Amerykę i wcale nie robi sobie z tego tytułu takich żartów, które możecie znać z „Team America: World Police”.
Przejdźmy jednak do dania głównego, czyli narodzin i pierwszych przygód człowieka ubranego nie tylko w rajtuzy uszyte na bazie flagi sami wiecie którego z mocarstw. Steve Rogers – w tej roli znany z Fantastycznej Czwórki Chris Evans – marzy o jednym. O dostaniu się do armii i walczeniu – a w jego przypadku pewnie głównie umieraniu – za ojczyznę. Niestety, jego schorowane ciało nie pozwala nawet na obieranie ziemniaków w wojskowej kantynie. Natomiast determinacja, z jaką stara się o wcielenie w szeregi piechoty zwraca uwagę genialnego naukowca, w którego wcielił się Stanely Tucci. Właśnie taki kandydat jest potrzebny w eksperymencie, mającym na celu stworzenie armii nadludzi, uniwersalnych żołnierzy, nie gorszych od Jeana, Claude’a czy van Dama. Nie chcąc zdradzić zbyt wiele, powiem tylko że nie wszystko poszło zgodnie z planem i eksperyment udało się przeprowadzić tylko na Steve’ie Rogersie. Tak narodził się Kapitan Ameryka. Bohater, który początkowo był zmuszony do sprzedawania bonów wojennych. Na szczęście film wychodzi daleko poza to, przedstawiając również historię pojedynku z największym przeciwnikiem Kapitana, czyli z Czerwoną Czaszką.
Szczerze mówiąc, film zasługuje na wiele pochwał. Przemiana mikrego Steve’a Rogersa w atletycznie zbudowanego Kapitana Amerykę została ukazana wybornie. Przewijający się w tle romans jest prosty, ale urokliwy. Efekty specjalne nie pozostawiają wiele do życzenia, a choreografie walki z użyciem, między innymi, tarczy satysfakcjonują, choć przyznam, że chciałbym jeszcze więcej finezji. Natomiast to, co najbardziej mnie kupiło, to obsada. Przyznaję, że jest to jeden z tych filmów, o których nie wiedziałem praktycznie nic, ponieważ sama postać Kapitana Ameryki średnio mnie interesuje. A tu na sali czekało mnie tyle miłych niespodzianek. Stanely Tucci jako genialny naukowiec, Tommy Lee Jones jako generał armii i Hugo Weaving jako Red Skull. Jak dla mnie – plejada marzeń.
Zbliżamy się powoli do końca, więc przyszła pora na notkę specjalnie dla fanów komiksów. Jak się zapewne domyślacie, sporo w omawianym filmie nawiązań do nadchodzącego filmu „The Avengers”. Na szczęście, nie są one tak nachalne, jak to miało miejsce w drugiej części „Irona Mana”, dzięki czemu cieszą, zamiast irytować. Świetnym pomysłem było również wprowadzenie do filmu postaci Howarda Starka, ojca Tony’ego Starka. W tym wypadku też mamy zresztą, jeśli dobrze zinterpretowałem wydarzenia, na wiązania do „Iron Mana 2″. Nie potrafię się natomiast wypowiedzieć na temat wierności komiksowemu pierwowzorowi, gdyż owego pierwowzoru po prostu nie czytałem.
De facto najważniejsze ostrzeżenia dla potencjalnych widzów, które na ogół prezentuję w podsumowaniu, padły już na początku. Dlatego też życzę po prostu udanego seansu wszystkim fanom komiksów, którzy postanowią kupić bilety na seans. Wiem, że ze wszystkich zakątków Internetu dobiegają bardzo sprzeczne oceny „Kapitana Ameryki”. Ja mam jednak nadzieję, że będziecie się po prostu dobrze bawić, nie żałując wydanych na bilet pieniędzy. Dodam też, że na pewno będziecie pieniędzy żałować, jeśli pójdziecie na seans 3D. Tak, 3D jest złe.
Zachęcam również do obejrzenia mojej videorecenzji filmu „Captain America: Pierwsze starcie”.
Powiązane materiały:-Kod nieśmiertelności – drugi „Moon” czy może jednak nie?
-Piraci z Karaibów: Na nieznanych wodach – drugiej „Czarnej Perły” już chyba nigdy nie będzie
-X-Men: Pierwsza klasa – film też pierwsza klasa!
-Batman – SubZero – Nietoperek jest, szału nie ma
-X-Men: Ostatni bastion – Miejmy nadzieję, że jednak nie ostatni















