Zacząłem ostatnio próbować twórczości coraz większej liczby pisarzy, których wcześniej nie znałem. Tak się złożyło, że podczas pobytu na wakacjach kolega akurat skończył czytać jedną z książek Grahama Mastertona, o którym słyszałem, że jest wziętym autorem poczytnych horrorów. W ten sposób zaczęła się moją przygoda z „Krwią Manitou”. Nieszczególnie ciekawa przygoda, należy dodać.
Jest to jeden z tych bardzo nielicznych przypadków, kiedy najpierw zacząłem czytać powieść, później zerknąłem z ciekawości na opis z tyłu książki i zacząłem się zastanawiać, czy lekturę na pewno kontynuować. Czemu? Jak obiecywał tekst wydawcy, „Krew Manitou” jest powieścią o wampirach, które przebudziły się ze swojego długiego snu po… ataku na World Trade Center. Tak jest, terroryści obudzili potomków Drakuli. Wiem, że Amerykanie mają hopla na tym punkcie, ale… Po pierwsze, nie myślałem, że aż tak dużego. Po drugie, to już jest niesmaczne. Po trzecie, czegoś takiego oczekiwałbym po jakimś opowiadaniu w Internecie, a nie po prozie poczytnego autora. A może dlatego jest poczytny, że właśnie takie rzeczy pisze? Nie wiem, nie znam na tyle historii Mastertona, może Wy mi podpowiecie?
Ostatecznie pomyślałem jednak, że nie można oceniać książki po okładce. Czy – bądźmy dokładni – tyle okładki. I lekturę kontynuowałem. Cóż, przynajmniej opis dystrybutora nie kłamał, to zawsze coś. „Krew Manitou” faktycznie jest o wampirzej zarazie, która rozpętała się w Nowym Jorku po 9/11. Jedyną osobą, która wie, że nie jest to problem nie natury medycznej a spirytystycznej jest niejaki Harry Erskine, który poznał prawdę dzięki swojemu indiańskiemu przewodnikowi duchowemu. Nadmienię tutaj, iż – jak się okazało – to nie jest pierwsza powieść z Harrym w roli głównej. Cykl „Manitou” liczy sobie przynajmniej dwie książki. Sam przez przypadek trafiłem od razu na „Krew…”, ale szczerze mówiąc, w niczym to nie przeszkadzało. Tu muszę pogratulować Mastertonowi za sprawne wplatanie streszczenia fabuły innej z przygód Harry’ego w taki sposób, żeby nowy czytelnik nie czuł się zagubiony. Przez długi czas nawet nie byłem pewien, czy faktycznie były inne powieści, czy po prostu taki jest sposób narracji.
„Krwi Manitou” nie można odmówić jednego – czyta się lekko i ekspresowo. Czyli do pociągu jak znalazł. OK, „jak znalazł” pod warunkiem, że spełni się kilka ważnych wymogów. Pomijam oczywiście fakt, że trzeba lubić horrory, inaczej nie ma sensu po tę powieść sięgać. Trzeba mieć też niestety wysoką odporność na bardzo słabe warsztatowo opisy stosunków seksualnych, w których pojawiają się takie zwroty, jak „była w środku jak wyfiletowana ryba”. Obrzydliwe? Niesmaczne? Tak, to scena seksu między dwoma postaciami, a nie zarzynania nietoperka. Tak tylko ostrzegam.
Niestety, cała „Krew Manitou” napisana jest w sposób tak prosty, że niższy stopień zaawansowania warsztatowego byłoby już po prostu ciężko osiągnąć. Co nie zmienia faktu, że czyta się bardzo płynnie – może też między innymi ze względu właśnie na tę prostotę. Muszę też oddać sprawiedliwość Mastertonowi za urozmaicenie lektury licznymi odniesieniami do indiańskiej mitologii czy legendy od hrabi Drakuli. Summa summarum, „Krew Manitou” nadaje się tylko i wyłącznie do czytania na plaży czy w podróży, kiedy nie możecie się za bardzo skupić na bardziej angażującej pozycji. Możecie też tę książkę spokojnie zignorować i krzywda się Wam nie stanie.
PS: Pytanie do osób, które z Mastertonem są bardziej oblatane ode mnie – jest jakaś jego książka, którą naprawdę warto przeczytać? Jakaś „klasyka gatunku” czy coś w ten deseń? Będę wdzięczny za wskazówki.
Powiązane materiały:-Wilcza krew, smoczy ogień, Romuald Pawlak – recenzja
-Zadziwiający Maurycy i jego uczone szczury, Terry Pratchett – wrażenia z lektury
-Trzecia cywilizacja, Adam Wiśniewski-Snerg – wrażenia z lektury
-Zabójcy Szatana, Andrzej Ziemiański, Andrzej Drzewiński – „Sam mógłbym coś takiego napisać”
-Koniasz – Wilk samotnik, tom II, Miroslav Żamboch – czy to na pewno tom drugi?












