Zanim zasiadłem do tej recenzji, próbowałem sobie przypomnieć przykład jakiegoś naprawdę dobrego filmu katastroficznego. Nie z gatunku „głupich a fajnych”, jak na przykład „Dzień niepodległości”, ale takiego, o którym można powiedzieć, że to po prostu solidne kino. Kino, które wciąga, wzbudza całą gamę emocji i pokazuje coś ciekawego. Szczerze mówiąc, nie przyszło mi nic do głowy. Wiem natomiast, że gdybym jeszcze kiedyś miał mówić o kinie katastroficznym, nie będę miał już tego problemu. Za przykład świetnego filmu będę miał „Contagion”.
Zastanawiałem się, jak może wyglądać film o epidemii, jeśli obsadzono w nim tyle znanych nazwisk. Właśnie, nazwiska! Zanim przejdziemy do dalszych rozważań, porozmawiajmy o tym, kto stanął przed kamerą. Trzymajcie się siedzeń, jeśli wcześniej nie słyszeliście o liście płac tej produkcji. Mamy tu obok siebie Marrion Cotillard, Kate Winslet, Gwyneth Paltrow, zaś dla pań wystąpili Jude Law, Laurence Fishburne i Matt Damon. Dawno nie widziałem na jednym palnie tylu nie tyle gwiazd co znamienitych, utalentowanych aktorów. Sama ta mieszanka sław jest wystarczającym powodem, żeby iść do kina.
Przejdźmy jednak do kwestii, którą poruszyłem. Jak tyle osób poradziło sobie razem z pracą przy jednym filmie? Jak zapewne większość z Was wie, kino katastroficzne rządzi się pewnymi zasadami. Z reguły główny bohater – w tej roli najdroższy możliwy aktor, na jakiego pozwolił budżet – obowiązkowo musi dożyć od końca, ewentualnie popełnić jakieś widowiskowe samobójstwo czy to ku pokrzepieniu serc, czy to żeby uchronić rodzinę/naród/świat przed zagrożeniem. Czy to więc znaczy, że w „Cantagion” mamy sześcioro głównych bohaterów i każdy z osobna ratuje równowartość przynajmniej dwóch wypchanych po brzegi ludźmi autobusów? Nie. I właśnie na tym polega siła tego filmu. To opowieść o normalnych ludziach, którzy znaleźli się w kryzysowej sytuacji, którzy stracili rodzinę. O ludziach, którzy mają wiedzę i próbują z niej skorzystać, by pomóc innych. O ludziach, którzy chcą pomóc, ale muszą walczyć z administracją, rządem czy też opinią publiczną. Wreszcie o ludziach, którzy dla zasady doszukują się wszędzie spisku i robią wszystko, by to ich teoria była wykrzyczana najgłośniej. Co ciekawe, „Contagion” robi wrażenie zapisu z życia w czasach zarazy, a nie z kolejnych popisów nierealnego bohaterstwa. Pokazuje jej pierwsze dni i kolejne fazy, nie grając przy tym w tani sposób na emocjach.
„Epidemia strachu” to jeden z tych specyficznych przypadków, kiedy czuję, że film jest tak dobry, iż nie trzeba o nim zbyt wiele mówić, nie trzeba się powoływać na kolejne detale. To po prostu udana, spójna produkcja, która zaoferowała mi znacznie więcej, niż bym się spodziewał po kinie katastroficznym. Co więcej, miałem wrażenie, że atmosfera udzieliła się całej sali, że część ludzi zaczęła zwracać uwagę na każde kichnięcie czy chrząknięcie, widząc na wielkim ekranie, do czego tak niewinne rzeczy potrafią doprowadzić. Dla mnie, to wrażenie było bezcenne. Jeśli macie ochotę na film, który zapada w pamięci, tak dzięki realizacji, jak i brawurowej obsadzie, raczej nie ma możliwości, byście żałowali pieniądze wydane na seans z „Contagion”.
Zachęcam do obejrzenia mojej videorecenzji filmu „Contagion: Epidemia strachu”. Za zaproszenie na seans dziękuję firmie Warner Bros.
Powiązane materiały:-Call of Duty: Black Ops – czy taki zawód naprawdę można czymś usprawiedliwić?














