Ten tekst jest częścią cyklu „Książka kontra film”.
Darren Aronofsky ponoć kiedyś powiedział: „Musiałem zrobić film na podstawie tej powieści, gdyż słowa aż palą jej stronice”. Cóż, potwierdzam. Słowa palą stronice. Ale też kadry filmu palą taśmę. Dla mnie „Requiem dla snu” to fenomen niezależnie od formy jego podania.
Powieść można określić wieloma słowami, ale na pewno nie znalazłoby się wśród nich określenie „przystępność”. Na wiele sposobów – jest to po prostu koszmar. Zdania potrafią się ciągnąć na wiele linijek, zapominając zupełnie o takich detalach, jak składnia czy interpunkcja, przy okazji pozornie tracąc sens. Na całą książkę składa się zaś… prawie że jednolity tekst. Żadnych akapitów, jedna ściana tekstu – niezależnie od tego, czy mamy opis, dialog, monolog, strumień myśli czy może dialog na pięć osób. Wszystkim rządzi chaos, po prostu. Gdyby w ten sposób została opisana jakakolwiek inna historia, zapewne bym po prostu odpuścił, uznając autora za grafomana. Natomiast Hubert Shelby pokazał mi swoim „Requiem…”, że najlepszym sposobem na opisanie koszmaru, może być… koszmar właśnie.
Jeśli weźmiecie się za lekturę, przez 300 stron będziecie siedzieli w głowach czterech osób. Tyrone’a i Harry’ego oraz Marion i Sary, które są odpowiednio dziewczyną i matką drugiego z chłopaków. Tyrone i Harry mają prosty pomysł na życie. Obkupić się heroinę, zachować trochę dla siebie, resztą rozdrobnić i sprzedać. Dobrze wiedzą, że nałóg ich się nie ima, w przeciwieństwie do wszystkich ćpunów, których obsługują. Oni tylko dają po kablach, żeby sprawdzić towar i sporadycznie wyluzować. Mogą odstawić w każdej chwili. Marion jest – czy raczej: chciałby zostać – malarką. Marzy jej się własna klubokawiarnia połączona z galerią, zaś sposobem na jej założenie jest pomoc finansowa przy „przedsięwzięciu” Harry’ego. Sama też czasem cyka, żeby się wyluzować – pomaga jej to znaleźć wspólny język z ołówkiem i szkicownikiem. Ale jest na tyle dobra, że zasadniczo mogłaby w każdym momencie przestać obcować z helą. Została jeszcze Sara, której się poszczęściło – ma okazję wystąpić w teleturnieju. Niestety, czerwona sukienka, w której tak bardzo lubił ją oglądać zmarły przed laty mąż, nie leży już tak dobrze, jak kiedyś. Trzeba zrzucić zbędne kilogramy. Oczywiście, mogłaby to zrobić bez pomocy tych wszystkich kolorowych tabletek, z powodzeniem zastępujących jedzenie. Może zacząć polegać na swojej silnej woli, kiedy tylko będzie miała ochotę.
Wiecie do czego to dąży, prawda? „Requiem dla snu” jest opowieścią o bardzo wielu rzeczach i uczuciach. O miłości, przyjaźni, pragnieniu spełnienia się. Ale też o przekreśleniu tych wszystkich wartości. O ludzkim upadku, o zdolności do całkowitego, bezlitosnego zeszmacenia samego siebie. Ponoć autor coś o tym wie, ponoć nie brakuje tu wątków autobiograficznych. Może stąd właśnie taka, a nie inna narracja. Takie, a nie inne prowadzenie fabuły. W tej powieści nie ma litości, delikatności, a pojęcie „happy endu” jest tu zupełnie obce.
Najbardziej niesamowite w tym wszystkim jest dla mnie zaś to, że nie ma przesady w określeniu, iż „słowa palą stronice” – mimo tak ciężkich tematu i formy, od „Requiem…” ciężko się oderwać.
Dochodzimy tu do kolejnego elementu – filmu. Z reżyserów, których znam, za „Requiem dla snu”, poza Aronofskym, mógłby się chyba zabrać tylko David Fincher („Fight Club”, między innymi). Tak jak powieść potrzebowała intrygującej narracji, tak ekranizacja potrzebowała nie mniej intrygujących montażu i reżyserii. Według mnie, wersja Aronofsky’ego jest… idealnym przeniesieniem tekstu na srebrny ekran. Wartość tego filmu doceniłem jeszcze bardziej po przeczytaniu powieści. Twórcy genialnie dobrali to, co uważali w książce za najważniejsze, okraszając całość świetnie zestrojonymi montażem, muzyką i aktorstwem. Sceny związane z zażywaniem narkotyków do dziś mam wyryte głęboko w głębi czaszki, zaś oprawa dźwiękowa Clinta Mansella po prostu bezlitośnie świdruje umysł. Można też chyba śmiało powiedzieć, że przy okazji tego filmu swoje życiowe role zaliczyli Jennifer Connelly oraz Jared Leto.
Pozostaje jeszcze pytanie – w jakiej kolejności zabrać się za „Requiem…”? Szczerze? Bez różnicy. W tej historii liczy się droga, a nie jej koniec. Jeśli obejrzycie najpierw film, łatwiej będzie Wam się czytało książkę, zaś późniejsze powtórne obejrzenie filmu jeszcze bardziej przyda mu wartości. Ja tak zrobiłem – a raczej: w moim przypadku samo tak wyszło – i było świetnie. A gdyby najpierw przeczytać książkę? Przypuszczam, że wtedy film jawiłby się jako zjawiskowo piękna – jeśli możemy tu w ogóle mówić o pięknie – i wierna adaptacja.
Za materiały do tego tekstu dziękuję wydawnictwu Niebieska Studnia.
Powiązane materiały:-Diablo: The Sin War: Birthright – czy w tym uniwersum da się w ogóle osadzić jakąkolwiek powieść?
-StarCraft II: Heaven’s Devils – akcja marketingowa czy prawdziwa powieść?
-Księgi Nomów, Terry Pratchett – mistrz pisze dla młodszych
-Infected – Dla jednych zaraźliwy, dla innych zabójczy
-Kung Fu Panda: The Game – Dobry film… Dobra gra?!















