Severed – Przerażający obraz

Severed - okładka

Świetne komiksy o Batmanie sprawiły, że nabrałem szczerej ochoty na lepsze poznanie dorobku Scotta Snydera. Na pierwszy ogień poszło „The Wake”, o którym pisałem niedawno, a w następnej kolejności chwyciłem się za „Severed”. I tak jak snyderowska wizja „Wodnego Świata” mnie nie ruszyła, a wręcz trochę zniechęciła, tak jego podejście do horroru mnie oczarowało.

Na wstępie muszę coś od razu zaznaczyć. To nie tylko scenariusz Snydera (w duecie ze Scottem Tuftem) mnie kupił, ale też – a może: przede wszystkim – obłędne, oszałamiające, cudowne i przerażające ilustracje Atilla Futaki. Stanowią one, jak mi się zdaje, główną siłę napędową mrocznego klimatu w „Severed”. I choć może traciłyby, jako całość, urok pozbawione odpowiedniej historii, to i tak byłyby warte uwagi każdego fana komiksów. Wszystkie kadry co do jednego wyglądają, jakby Futaki poświęcił im pełnię uwagi i przez kolejne tygodnie nie zajmował się niczym innym, jak dopieszczaniem detali. Podobna pieczołowitość kojarzyła mi się dotąd przede wszystkim z ilustracjami Adiego Granova z „Iron Man: Extremis”. Teraz z kolei do mojej kolekcji przykładów na absolutnie bezbłędną oprawę wizualną doszedł właśnie „Severed”. Futaki mnie oczarował swoją. Gdy przychodziło co do czego, horror dosłownie wylewał się z kolejnych stron opowieści.

Severed - kadr 1

Właśnie – opowieść. Ta cudownie balansuje między absolutną prostotą a niewypowiedzianym, niewytłumaczalnym horrorem, którego pochodzenie od początku do końca stanowi tajemnicę. Choć nie pojawiają się tu mackowaci przedwieczni, „Severed” miał w swoim nastroju coś z lovecraftańskich opowieści grozy. Właśnie to tajemnicze, niezrozumiałe źródło zagrożenia. Sama fabuła, jako się rzekła, jest prosta. Jack, będąc młodocianym grajkiem, przemierza XX wieczną Amerykę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu swojego rodzonego ojca. Nie ma nawet pojęcia, że właśnie na takie zagubione sieroty poluje wiekowa istota, żywiąca się strachem najmłodszych.

Severed - kadr 2

Samemu scenariuszowi nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Typowym dla Snydera jest tworzenie charakterystycznych bohaterów i dokładnie tak jest też w przypadku „Severed”. Każda postać, która pojawia się na dłużej niż jeden kard, ma swoją historię – nawet jeśli nie do opowiedzenia, to do przemycenia między wierszami. I choć właśnie ani o opowieści, ani o głównych aktorach tego horroru nie mogę powiedzieć złego słowa, tak… mam wrażenie, że nadal odstają swoją jakością od obłędnych ilustracji. To nie jest tak, że czegoś mi tu zabrakło, ponieważ to byłoby bardzo nieuczciwe stwierdzenie. Po prostu jestem ciekawy, jak mocno szokowałby „Severed”, gdy scenariusz wspiął się na takie wyżyny, jak kolejne kadry Atilli Futakiego.

PS: Okładki poszczególnych zeszytów są tak piękne, że chciałbym je powiesić na ścianie. Tyle że wtedy bym się chyba budził z krzykiem w środku nocy.

Banner2