Archiwum autora: KoZa

Warto obejrzeć – horrory #1: Deathgasm, Dead Silence, Obecność 2

Deathgasm - cover

Deathgasm. Światu grozi zagłada, ponieważ grupa początkujących muzyków deathmetalowych dobrała się przez przypadek do starodawnych riffów, gwarantujących potęgę i poniżenie wrogów. Sęk w tym, że po odegraniu solówki trzeba też oddać swoje ciało demonowi, przez co satysfakcja z owego poniżenia wrogów jest raczej krótkotrwała. Odegnanie demonicznej obecności będzie możliwe tylko poprzez wspięcie się na wyżyny metalowego wyrafinowania.

Uzyskanie dobrych wyników przy wprowadzaniu w życie skrajnie szalonych pomysłów jest sztuką bardzo trudną. Na ogół w pewnym momencie twórcom kończy się wena i dobry koncept zmienia się w zmarnowany potencjał. „Deathgasm” jest jedną z tych perełek, w których wszystko zagrało od początku do końca – fani abstrakcyjnego poczucia humoru będą w piekło wzięci.

Skojarzenia z „Brutal Legend” i „Pick of Destiny” są raczej na miejscu. Czytaj dalej

Psycho-Pass – Sprawiedliwość na podstawie algorytmu

Psycho-Pass cover

Autorzy S-F od kilkudziesięciu lat snują rozważania, jak mógłby wyglądać świat rządzony przez maszyny. Ich wizje można podzielić choćby według poziomu skomplikowania – od prostych, przez średnie, po złożone. Osobiście, zaraz po „złożonych” dołożyłbym jeszcze jeden poziom wartościowania: „japoński”. Od lat oglądam anime i zawsze staram się sięgać po te, które są uznawane za najbardziej warte poznania. I regularnie, czasem przy kilku różnych seriach pod rząd, dziwię się, na jak intrygujące pomysły potrafią wpaść mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni.

Punkty wyjścia jest dosyć standardowy – wszechobecny system komputerowy wie o nas wszystko. Gdzie mieszkamy, jak często widujemy się ze znajomymi, jak spędzamy czas. Wie również, jaka przyszłość będzie najlepsza i dla nas, i dla społeczeństwa. System, zwany Sybil, wybiera dla mieszkańców Japonii preferowany zawód, dobiera optymalne sposoby ograniczania stresu i dba o ogólne szczęście. Problem zaczyna się wtedy, gdy… zwalczanie stresu przestaje działać. Pojawia się napięcie, pojawia się agresja. I tu wchodzi do gry typowo japońska myśl technologiczna. Sybil określa dokładnie łagodność charakteru każdego mieszkańca kraju oraz jego skłonność do popełnienia przestępstwa – a wszystkie te wartości są liczone i podawane w czasie rzeczywistym. Czytaj dalej

Star Wars: The Force Awakens – Magiczna podróż do odległej galaktyki

Star Wars - The Force Awakens - plakat

Mam silne uczucie, że pisanie czegoś na kształt recenzji nowej odsłony Gwiezdnych Wojen kompletnie mija się z celem. Nie ma powodu, żeby kogoś zachęcać bądź zniechęcać do seansu – wszyscy zainteresowani już w kinie byli. Myślę, że przybytek ze srebrnym ekranem odwiedzili również ludzie nie siedzący tak głęboko w temacie – choćby z ciekawości, o co się cały ten szum rozchodzi. Jeśli w ogóle miałbym wystawiać jakąś pozbawioną spoilerów ocenę „Przebudzeniu Mocy”, to na pewno powiedziałbym, że warto obejrzeć, warto poznać, że to obowiązkowa pozycja dla fanów fantastyki czy kina akcji, nawet jeśli obierze się ją z nostalgicznych łupin.

Choć recenzji nie chcę pisać z wyżej wymienionych powodów, same przemyślenia o siódmej części Star Wars naprawdę mam ochotę przelać na wirtualny papier. Ponieważ czułem, że na sali wydarzyło się coś magicznego – a tym zawsze warto się podzielić. Dlatego też na wszelki wypadek wystosuję jeszcze ostrzeżenie całkowicie wprost: dalej będą spoilery. Czytaj dalej

Krampus – Zaskakujący potencjał

Krampus - plakat

Pojawianie się w okresie wszelakich świąt filmów dedykowanych danemu okresowi to stara tradycja. Pomijając nieliczne przypadki, na ogół nie nadają się one do zupełnie niczego poza wyciąganiem kasy. Z reguły są to komedie, obyczajówki lub, ewentualnie, animacje. Oczywiście, w okolicy Halloween jest też obowiązkowy wysyp wszelkiej maści horrorów. Rzadko się jednak zdarza, by ów horror pojawił na święta Bożego Narodzenia… jako film okolicznościowy. „Krampus” jest właśnie takim ewenementem, dlatego tak bardzo miałem ochotę go obejrzeć.

Fabuła rozwija się dosyć niewinnie, choć w dosyć groteskowej oprawie. Po świątecznym szale zakupów, członkowie obfitej familii zjeżdżają się do rodzinnego domu, w którym mają wspólnie zjeść kolację wigilijną. Powiedzieć, że nie cieszą się na swój widok, to poważne nieporozumienie. W domu panuje atmosfera silnej niechęci i braku szacunku, która w końcu doprowadza najmłodszego z mieszkańców do szału i, następnie, zwątpienia. Chłopczyk, po utracie wiary w cuda, drze swój list do świętego Mikołaja, a jego strzępki rozrzuca na cztery wiatry. Nie wie jeszcze, iż jest to rytuał przywołujący Krampusa, będącego demonicznym cieniem sprzedajnej maskotki Coca-Coli. Czytaj dalej

Neuromancer, William Gibson – Można cierpieć, ale znać warto

Neuromancer - okładka

Rzadko zdarza mi się po skończeniu książki czuć aż tak skrajne emocje. „Neuromancer” Williama Gibsona szczerze mnie wymęczył. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem styczność z aż tak nieprzystępną lekturą – bądź co bądź – rozrywkową. Kolejne zdania odbijały się od siebie, kompletnie nie chcąc się ze sobą łączyć w ciągi przyczynowo skutkowe. Świat przedstawiony na każdym kroku zaskakiwał niespotykanymi określeniami, których nikt nawet nie próbował czytelnikowi tłumaczyć. A jednak… Jednak jest w „Neuromancerze” coś hipnotyzującego. Coś, co sprawiło, że jestem szczęśliwy, iż go poznałem.

Sama fabuła zdecydowanie nie jest najistotniejszym elementem mojej fascynacji. Głównym bohaterem jest niejaki Case – ex-hacker, który może nie byłby „ex”, gdyby nie próbował obrobić swojego klienta. A że klient był z gatunku tych, z którymi się nie zaczyna, Case skończył z wypalonym układem nerwowym – zniszczonym do tego stopnia, że dalsze łączenie się z cyberprzestrzenią po prostu nie było możliwe. Poznajemy go w momencie, gdy powoli zbliża się do dna ostatecznego. Odwala drobniejsze roboty dla kogo popadnie, byle mieć na narkotyki i kolejne nieudane próby leczenia swojego układu nerwowego. Bardziej niż od dragów, uzależniony jest od cyberprzestrzeni, od której został tak brutalnie odcięty. Właśnie w momencie, gdy topił się w ostatniej warstwie głębokiego mułu, tajemniczy pan Armitage wyciągnął ku niemy pomocną dłoń. Powiedział, że może go wyleczyć. W zamian za jedną „przysługę”. Czytaj dalej