Archiwum kategorii: Recenzje filmów

„Nieściszalni” – chciałbym taki koncert w swoim mieście

Nieściszalni - plakat

Ostatnio tak rzadko oglądałem w kinie nietuzinkowe europejskie filmy, że zapomniałem, ile frajdy można mieć z takiego seansu. Po obejrzeniu „Nieściszalnych” pozostaje tylko jeden wniosek – pora znowu zacząć chodzić na festiwale! Jeśli taka rekomendacja Wam nie wystarcza, zapraszam do przeczytania reszty recenzji.

Pierwsza sprawa – obraz jest, oczywiście, reklamowany jako „film twórców Jabłek Adama”. Co jest prawdziwe tylko po części – otóż, owszem producent wykonawczy jest ten sam i na tym koniec. Jeśli więc oczekiwaliście zbieżności w zakresie nazwisk reżyserów czy scenarzystów, to radzę tę nadzieję porzucić. Mnie akurat ta informacja nawet uspokoiła, gdyż szczególnym fanem „Jabłek Adama” zdecydowanie nie byłem. Choć na pewno miały urok, tego im odmówić w stanie nie jestem. Czytaj dalej

13 – Statham w wersji bardziej zakręconej

13 Statham plakat

Jedna z wielu produkcji, za które się zabrałem ze względu na… Jasona Stathama. Nic nie poradzę, tak jak już kilka razy pisałem, to mój ulubiony kiepski aktor. Uwielbiam jego „Transportery”, „Death Race’y” i innych „Mechaników”. Swoją drogą, „Mechanik” też jest brutalnie sympatyczny. Ale ten wpis ma być o „13”.

Co ciekawe, jak na Stathama jest to produkcja naprawdę solidnie zakręcona… Nie, zaraz, cofam, Jason przecież był stałym bywalcem u Guya Ritchie’go. W takim razie jest to produkcja prawie tak zakręcona, jak te z czasów, kiedy Statham nie rozstawał się z Ritchiem. Podkreślam – prawie, i to takie duże prawie. Do finezji „Przekrętu” czy „Porachunków” to oczywiście jeszcze długa droga, a o czystym – przepraszam za łacinę – hardcorze z „Rewolweru” już w ogóle lepiej nie wspominać. Czytaj dalej

3:10 do Yumy – recenzja

3-10 do Yumy

Fani westernów od wielu lat nie mają zbyt wielu okazji do radości. Gatunek ten dawno już przestał być numerem jeden na liście najchętniej produkowanych filmów, więc nie ma się co dziwić, że i premier za dużo nie ma. W takim wypadku trochę kuriozalna może wydawać się sytuacja, gdy western, przełamujący długi sezon ogórkowy, jest w rzeczywistości „jedynie” remake’iem starego hitu (z roku 1957), a nie zupełnie nowym, odkrywczym obrazem.

Historia należy do cyklu tych typowych dla dzikiego zachodu i można ją sklasyfikować jako „bandyci kontra ranczerzy”. Dan Evans (Christian Bale) ma na głowie żonę, dwóch synów oraz naprawdę spory długo do spłacenia wobec miejscowego posiadacza ziemskiego. Na domiar złego, podczas wojny stracił stopę, co zdecydowanie nie ułatwia prowadzenia rancza. Nic więc dziwnego, że gdy dostaje szansę za zarobienie okrągłej sumki, zgadza się niemalże bez pytania o warunki. Zasady są proste – dostanie 200$ (nie śmiejcie się – wtedy to była naprawdę konkretna gotówka) za dostarczenie dopiero co schwytanego bandyty i mordercy, Bena Wade’a (Russell Crowe), na pociąg do Yumy, który zawiezie skazańca wprost na szafot. Problem w tym, że w ślad za jeńcem i jego eskortą podąża siedmioosobowy gang, gotów zrobić wszystko, by uwolnić swojego szefa. Czytaj dalej

300: Początek imperium – Zaginiony karnet na siłownię

300 Początek imperium - plakat

Seans nowej części „300” kilka rzeczy mi uświadomił, a kilka przypomniał. Otóż, rola Gerarda Butlera, który wcielił się w kultowego od chwili premiery Leonidasa, wcale nie była taka łatwa, jak się wydawało. Krzyczeć trzeba umieć. Charyzmatycznie krzyczeć, to już sztuka. A i skopywać ludzi do bezdennych czeluści wcale nie jest tak łatwo – czasem można na przykład trafić ofiarą w ścianę zamiast do dziury w ziemi i z efektu, rzecz jasna, nici. I przypomniało mi się, że nakręcić genialnie prosty film, który podczas seansu daje masę nieskalanej niczym przyjemności, a po wyjściu z kina zapada głęboko w pamięci, to wyzwanie dla najlepszych.

Czemu „Początek imperium” mi o tym przypomniał? Ponieważ przez kontrast do „300” Zacka Snydera jeszcze bardziej dotarło do mnie, jak cudowny był film owego Snydera. „Rise of the Empire” bynajmniej nie jest złe. Niestety, w porównaniu do oryginału jest też mało dynamiczne, niezbyt charakterystyczne i nakręcone bez polotu i pomysłu. Tam, gdzie dało się łatwo skopiować oryginał, było naprawdę przyzwoicie. Otwierająca film scena walki pod Maratonem wyglądała świetnie – była wypchana po brzegi charakterystycznymi dla Snydera spowolnieniami, krew lała się gęsto, a do kompletu przelewał się też testosteron. I wtedy nastąpiło spowolnienie, jedno z licznych zresztą. Narracja już na wstępie zaczęła się gubić, przez co z narodzin demonicznego Kserksesa wyszła koślawa, raczej zabawna baśń. Kiedy zaś przychodziło się do scen batalistycznych na morzu, ogólnie robiło się dosyć niezręcznie. Pojedyncze przebłyski ciekawych pomysłów zostały niestety przyćmione przez dominujący brak pomysłu, jakby tu epicko zekranizować przerysowane starcie greckich i perskich marynarzy. Czytaj dalej

Adwokat – Najgorszy dobry film, jaki widziałem

Adwokat 2013 - plakat

Co robicie, kiedy widzicie na jednym plakacie takie nazwiska, jak Cruz, Diaz, Fassbender, Bardem i Pitt? I do tego wiecie, że będą grali pod dyktando Ridleya Scotta? Do scenariusza – co prawda debiutującego w tej materii – Cormaca McCarthy’ego? Ja odruchowo kupuję bilet na seans, nie pytając o szczegóły. Nie obchodzi mnie, czy film będzie się nazywał „Adowkat”, czy może jednak „Siedzimy przy stole i jemy kluski”, ponieważ z taką obsadą mogę obejrzeć wszystko. Przecież to gwarancja co najmniej dobrego filmu. Prawda? PRAWDA?! No właśnie jednak nieprawda.

W teorii „Adwokat” jest… cóż, o adwokacie. Serio, główny bohater nie dostaje imienia, wszyscy do niego wołają „po zawodzie”. I możecie spokojnie opanować swój odruch doszukiwania się tu jakiejś symboliki – raczej jej nie ma. Wracając do głównego bohatera, w którego wcielił się Michael Fassbender. Postanawia on, iż życie prawnika jeżdżącego Bentleyem jest po prostu nudne i potrzebuje wrażeń, najlepiej nielegalnych, najlepiej w Meksyku. Dlatego zaczyna jeździć na rowerze bez kasku! Czytaj dalej

Strona 1 z 491234567...Ostatnia »