Archiwum kategorii: Recenzje

Severed – Przerażający obraz

Severed - okładka

Świetne komiksy o Batmanie sprawiły, że nabrałem szczerej ochoty na lepsze poznanie dorobku Scotta Snydera. Na pierwszy ogień poszło „The Wake”, o którym pisałem niedawno, a w następnej kolejności chwyciłem się za „Severed”. I tak jak snyderowska wizja „Wodnego Świata” mnie nie ruszyła, a wręcz trochę zniechęciła, tak jego podejście do horroru mnie oczarowało.

Na wstępie muszę coś od razu zaznaczyć. To nie tylko scenariusz Snydera (w duecie ze Scottem Tuftem) mnie kupił, ale też – a może: przede wszystkim – obłędne, oszałamiające, cudowne i przerażające ilustracje Atilla Futaki. Stanowią one, jak mi się zdaje, główną siłę napędową mrocznego klimatu w „Severed”. I choć może traciłyby, jako całość, urok pozbawione odpowiedniej historii, to i tak byłyby warte uwagi każdego fana komiksów. Wszystkie kadry co do jednego wyglądają, jakby Futaki poświęcił im pełnię uwagi i przez kolejne tygodnie nie zajmował się niczym innym, jak dopieszczaniem detali. Podobna pieczołowitość kojarzyła mi się dotąd przede wszystkim z ilustracjami Adiego Granova z „Iron Man: Extremis”. Teraz z kolei do mojej kolekcji przykładów na absolutnie bezbłędną oprawę wizualną doszedł właśnie „Severed”. Futaki mnie oczarował swoją. Gdy przychodziło co do czego, horror dosłownie wylewał się z kolejnych stron opowieści. Czytaj dalej

Wake – Scott Snyder i jego Wodny Świat

Wake - cover

Morska postapokalipsa jest tematem cokolwiek śliskim (ha ha). Nie wiedzieć czemu, ciężko jest z niej wycisnąć coś sensownego i wiarygodnego. Może dlatego, że utarło się, iż najbardziej przerażającym mieszkańcem oceanów jest rekin, a ten swoją niszę w popkulturze już ma i bynajmniej nie jest ona – ta nisza – związana z życiem po końcu świata. Już dawno temu Kevin Costner próbował ożenić „Mad Maxa” z morską opowieścią i skończyła się to spektakularną klęską pod postacią trudnego w odbiorze filmu „Wodny Świat”. Dosyć niedawno zaś za podobny temat złapał się Scott Snyder, którego dotąd znałem głównie z rewelacyjnych komiksów o Batmanie (przypomnijmy: mowa o „Court of Owls”, „Death of the Family” oraz „Year Zero” i „Endgame”). Jak sobie poradził z „The Wake”? Czytaj dalej

Batman: Zero Year oraz Endgame – Odważne pomysły kontra zbyt odważne pomysły

Batman - Zero Year - okładka

Odświeżone przez Scotta Snydera oraz Grega Capullo opowieści o Mrocznym Rycerzu z Gotham to, bez dwóch zdań, moje ulubione komiksy publikowane aktualnie przez DC. Miałem podejście do jeszcze kilku innych serii, które zaczęły się ukazywać w ramach restartu New 52, i nic się nawet nie zbliżyło w moim prywatnym rankingu do genialnego „Court of Owls” czy niesamowicie wciągającego, ale zostawiającego niedosyt, „Death of the Family”. Dlatego też z wypiekami na twarzy czekałem na kolejną historię od tego duetu artystycznego – podzielone na dwie części „Zero Year”. Niestety, gdy rozpocząłem już lekturę, w ogólnym rozrachunku czekał mnie zawód. Nie do końca jasny i oczywisty, ale nadal zawód. „Zero Year” na tyle mnie zaskoczyło, że nie za bardzo potrafiłem zebrać myśli na jego temat i sensownie spisać. Musiałem poczekać aż do końca kolejnego wątku, „Endgame”, by w końcu sobie wszystko ułożyć.

Zanim przejdziemy do dalszej części recenzji, trzeba omówić jedną kwestię formalną. Połączyłem dwie części „Zero Year” oraz „Endgame” w jeden tekst, ponieważ – ze względu na ciągle tę samą ekipę artystyczną – mają bardzo wiele punktów styku. Co więcej, część wniosków związanych z „Rokiem zero” nasunęła mi się dopiero po skończonej lekturze kolejnej historii – tym chętniej połączyłem swój wywód w jedną całość. Czytaj dalej

Ultimate Iron Man – Człowiek z żelaza oczami Orsona Scotta Carda

Ultimate Iron Man - okładka

Gdyby ktoś mnie spytał, z czym kojarzy mi się Orson Scott Card, bez namysłu odpowiedziałbym, że z taśmową produkcją powieści z uniwersum Endera. Żeby nie było tu żadnych wątpliwości – kocham „Grę Endera”, ale obszerność tego świata przeraża mnie doszczętnie. W szczególności, że próbowałem czytać kolejne części tej gigantycznej sagi i nie potrafiłem się do niej przekonać. Ale nie o tym miałem pisać… Gdy rzuciłem okiem na okładkę „Ultimate Iron Man” zupełnie zaskoczyła mnie obecność na niej nazwiska właśnie pana Carda. Gdyż z komiksami nie kojarzyłem go ani trochę, jak widać niesłusznie.

„Ostateczny Żelazny Mężczyzna” i tak był na mojej długiej liście powieści obrazkowych do przeczytania, gdyż po prostu lubię Ultymatywnego Marvela. Te historie mają spory urok ze względu na swoją spójność i niewielką liczbę tytułów w ramach całego uniwersum. Jest jedna seria o X-Menach, jedna o Fantastycznej Czwórce i jedna o Człowieku-Pająku. I tyle. Do tego dochodzą sporadycznie wydawane krótsze serie, które dosyć łatwo umiejscowić w czasoprzestrzeni tegoż uniwersum, jak chociażby „Ultimates”. Co ciekawe, Tony Stark nigdy nie dostał własnej głównej serii, która leciałaby równolegle do trzech wymienionych wcześniej. Powód tego stanu rzeczy jest chyba dosyć prozaiczny – choć z naszej perspektywy polskich widzów i czytelników jest to jeden z najpopularniejszych bohaterów, w Stanach na przełomie wieków był chyba co najwyżej w lidze B w zakresie objętości grupy odbiorców. I z tego prostego powodu, podczas powstawania uniwersum Ultimate, po prostu nie było miejsca dla serii o nim. Jeśli pamięć mnie nie myli, pierwszy większy występ miał właśnie w „Ultimates”, a seria Orsona Scotta Carda przyszła dopiero później, by ujawnić narodziny jego superbohaterskiego alter ego w tej wersji czasoprzestrzeni Marvela. Czytaj dalej

Incognito – Kolejny superbohater strzeże rodzimych ulic

Incognito - plakat

Komiks duetu Czarnecki-Ciżmowski, „Incognito”, jest dla mnie pozycją szczególną. Przymierzałem się do napisania o nim od chyba roku. Kilka razy siadałem do tematu i kilka razy się od niego odbijałem. Powodów było kilka, a każdy jeden coraz wyżej podnosił mi poprzeczkę. W końcu jednak zebrałem się w sobie – połknąłem wszystkie dostępne aktualnie zeszyty, łącznie pięć, i przysiadłem, by zebrać myśli.

Moim podstawowym problemem było to, o czym pisałem przy okazji recenzji „Nie przebaczaj”: do ludzi, którzy mają w sobie tyle zapału, by napisać i narysować komiks, a później własnym sumptem go wydać i wypromować czuję to samo, co do muzyków, zaczynających przygodę artystyczną od gitary zrobionej z krzesła. Mowa tu oczywiście o bezbrzeżnym podziwie i szacunku do dokładnie takich ludzi. Sytuacja robi na mnie tym większe wrażenie, gdy dotyczy polskiego rynku komiksu, który do najbardziej rozwiniętych na świecie jak na razie nie należy. Czytaj dalej

Strona 1 z 131234567...Ostatnia »