Moje kanały filmowe:
MINIBLOG
- Shaolin Soccer - Idealna propozycja dla wszystkich osób, które lubią specyficzne połączenia. Mamy ...
- Husk - Raz na jakiś czas lubię obejrzeć tego typu film. "Husk" ...
- Darth Bane #1: Droga zagłady, Drew Karpyshyn - Zachęcony tekstem Pawła, postanowiłem zakupić pierwszy tom z książkowej kolekcji ...
- Gra o tron komiksowo - O tym komiksie będzie bardzo krótko z kilku powodów. OK, ...
- Kot w stanie czystym, Terry Pratchett - Szczerze mówiąc, nie interesowałem się nigdy tym, czy Terry Pratchett ...
Ostatnie komentarze
- Dafdf o Dynamiczny Duet #1 – Ostry mówi, jak to jest z tym polskim komiksem
- ANNA SAMIN o Projekt X – Imprezy wchodzą w nowy wymiar
- Mr. ?? o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Rafał Kawulak o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Mr. ?? o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Karathrace o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Natalia o 104 filmy 2012 – moja lista
Licznik obejrzanych filmów
Znajdziecie mnie na:
Licznik
- 196Odsłon dzisiaj:
- 160Gości dziennie:
Archiwum kategorii: Książki
Homo bimbrownikus, Andrzej Pilipuk – wrażenia z lektury
Jak informuje nas napis na okładce, Jakub Wędrowycz jest „polską odpowiedzią na Conana Barbarzyńcę”. Po zakończeniu przygody z „Homo bimbrownikus” aż chciałoby się napisać „jaki naród, taki Conan”…
Kiedyś naprawdę lubiłem czytać przygody Jakub Wędrowcza. Owszem, były głupie, ale w ten zabawny, często nawet błyskotliwy sposób. A przynajmniej tak mi się wydawało, może gdybym teraz się z nimi zetknął, już bym tak nie uważał. Ciężko stwierdzić. Ale swego czasu, piąty tom – „Wieszać każdy może” – również wydawał mi się satysfakcjonujący. Natomiast „Homo bimbrownikus” był już drogą przez mękę.
O Pilipiuku często i raczej w żartobliwym tonie mówi się, iż jest „największym grafomanem Polski”. Niestety, wraz z lekturą kolejnych jego zbiorów i powieści coraz częściej miałem wrażenie, że w owym stwierdzeniu jest znacznie więcej prawy, niż chciałby zapewne sam zainteresowany. „Oko jelenia” ominąłem już szerokim łukiem, ale szóstemu tomowi przygód Wędrowycza postanowiłem jeszcze dać szansę. Czytaj dalej
Wilcza krew, smoczy ogień, Romuald Pawlak – recenzja
Łączenie motywów fantastycznych z faktami historycznymi to popularny motor napędowy wielu powieści i zbiorów opowiadań. Najczęściej autorzy w ten sposób próbują albo wytłumaczyć niejasności, które kronikarze starali się przemilczeć, albo wręcz tworzą alternatywną drogę rozwoju wydarzeń. Wystarczy chociażby wspomnieć Szczepana Twardocha i jego „Obłęd rotmistrza von Egern” (typ pierwszy), bądź Jacka Piekarę ze swoją „Przenajświętszą Rzeczpospolitą” (typ drugi). Romuald Pawlak wymierzył zbiorem „Wilcza krew, smoczy ogień” dokładnie w sedno pierwszej ze wspomnianych kategorii i spróbował odkryć przed czytelnikami jedną z możliwych prawd, kryjących się za kurtyną historii.
Niestety, o ile Pawlakowi udało się sprostać założeniom opowiadań quasi-historycznych, o tyle od strony suspensu jest już znacznie gorzej. Za przykład podam otwierającą zbiorek „Armię ślepców”. Wprowadzeniem do tej historii stała się przytoczona we wstępie prawdziwa anegdota, która… w stu procentach zdradza nie tylko rozwinięcie fabuły, ale i jej zakończenie. Jak się zapewne domyślacie, o jakimkolwiek zaskoczeniu nie może być w tym wypadku mowy. Całe szczęście, jest to jedyny aż tak dramatyczny przykład – reszta wprowadzeń nie odkrywa już całej zawartości opowiadań, a… tylko jej część. No cóż… Czytaj dalej
Ostatni zjazd przed Litwą, Robert J. Szmidt – recenzja
Robert J. Szmidt jest w świecie polskiej fantastyki postacią zasłużoną. Jest twórcą i redaktorem naczelnym pisma Science Fiction, położył kamień węgielny pod nagrodę Sfiknsa (czyt. dzisiejszy Zajdel) napisał parę powieści i wydał je nakładem własnego wydawnictwa – Aresa. Teraz po raz kolejny, zamiast samemu oceniać pracę innych, postanowił oddać się osobiście pod lupę fanów. Wydana w tym roku nakładem Fabryki Słów książka jest trzecią w jego karierze. Mowa, rzecz jasna, o zbiorze opowiadań „Ostatni zjazd przed Litwą”.
Przyznam, że do tej pozycji podchodziłem z dużą rezerwą, która została jeszcze bardziej pogłębiona po rozpoczęciu lektury otwierającego zbiór opowiadania. Mały quiz – proszę przetłumaczyć tytuł „Cicha Góra” na angielski i zgadnąć, do jakiej gry pan Szmidt nawiązał? Z „Silent Hilla” autor czerpał garściami i jeśli ktoś nie przepada za tego typu eksperymentami, to historia go raczej nie zachwyci. Ale trzeba koniecznie zaznaczyć, że autor nie ukrywa źródła swojej inspiracji i chwała mu za to. Czytaj dalej
Liżąc ostrze, Jakub Ćwiek – recenzja
Opowiadania i powieści Jakuba Ćwieka mają to do siebie, że nie zmuszają czytelnika do czekania na ten wymarzony moment, kiedy wreszcie zacznie się dziać coś konkretnego. Nie ma taryfy ulgowej – już od pierwszej strony zostałem wciągnięty w wir wartkiej akcji, przeplatanej świetnie napisanymi dialogami i dobrze przemyślanymi epizodami, budującymi napięcie. „Liżąc ostrze” należy do tego typu powieści, których nie powinno się zaczynać wieczorem, gdyż ma się wtedy gwarantowany maraton czytelniczy do bladego świtu.
Domyślacie się zapewne, że główny bohater nie miał w tej powieści lekko, prawda? Kacper Drelich – bo tak nazywa się facet, którego cierpień jesteśmy świadkami podczas lektury – przeżywa właśnie najgorszy dzień swojej kariery. Akcja została spalona, a on – zgarnięty przez członków gangu – właśnie jest przesłuchiwany. I to brutalnie. Całe szczęście lata w policji nie dają o sobie zapomnieć – z każdej sytuacji jest jakieś wyjście. Przypuszczam jednak, że Drelichowi nawet w najgorszych koszmarach się nie śniło, dokąd to wyjście będzie prowadziło. Brawurowa ucieczka z rąk przestępców będzie naprawdę brzemienna w skutki. W ciągu kilkunastu godzin na szali zostanie położone nie tylko jego życie, ale i jego bliskich. Czytaj dalej
Wydrwiząb, Eugeniusz Dębski – recenzja
Po skończeniu przygody z „Wydrwizębem” Eugeniusza Dębskiego, przez mój umysł przebiegała ciągle jedna myśl… Deja vu. I to takie wszystkim dobrze znane deja vu. Deja vu a la Matix można by powiedzieć. Jak inaczej nazwać sytuację, w której dwa razy dostaje się tego samego kota w niemalże tym samym worku? Jak się okazało, wydaniu „Wydrwizęba” przyświecała ta sama idea, z którą się już spotkaliśmy przy zbiorze „O włos od piwa”. Ponownie czytelnik dostaje do rąk przedruk starych opowiadań – wydanych niegdyś przez Supernową – z dwoma świeżymi „perełkami”. Oczywiście, dla niepoznaki, tytuł zostaje zmieniony, a wszyscy dyplomatycznie milczą, nie wspominając nawet słowem o tym, że… to już było.
Dla osób, które czytały „Królewską roszadę„, istotna jest, jak przypuszczam, tylko jedna informacja. Najnowszy zbiór o przygodach Hondelyka i Cadrona zawiera pięć na sześć opowiadań ze zbiorku, wydanego w roku 2000. W spisie treści nie znalazła się „Śmierdząca robota”, gdyż ta miała swoją powtórną premierę w „O włos od piwa”. Kolejną różnicą jest pojawienie się dwóch niepublikowanych dotąd historii: „Wszystkie lady Laisternady” oraz „Zmiennokształtny przyjaciel”. Szczególnie ten ostatni tytuł może zainteresować fanów twórczości Dębskiego, gdyż opowiada o początku znajomości dwóch wędrowców. Nadmienię jeszcze, że żaden z tekstów nie odbiega poziomem od znanego stałym czytelnikom standardu. Czytaj dalej











