Archiwum kategorii: Ostatnio czytane

Neuromancer, William Gibson – Można cierpieć, ale znać warto

Neuromancer - okładka

Rzadko zdarza mi się po skończeniu książki czuć aż tak skrajne emocje. „Neuromancer” Williama Gibsona szczerze mnie wymęczył. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałem styczność z aż tak nieprzystępną lekturą – bądź co bądź – rozrywkową. Kolejne zdania odbijały się od siebie, kompletnie nie chcąc się ze sobą łączyć w ciągi przyczynowo skutkowe. Świat przedstawiony na każdym kroku zaskakiwał niespotykanymi określeniami, których nikt nawet nie próbował czytelnikowi tłumaczyć. A jednak… Jednak jest w „Neuromancerze” coś hipnotyzującego. Coś, co sprawiło, że jestem szczęśliwy, iż go poznałem.

Sama fabuła zdecydowanie nie jest najistotniejszym elementem mojej fascynacji. Głównym bohaterem jest niejaki Case – ex-hacker, który może nie byłby „ex”, gdyby nie próbował obrobić swojego klienta. A że klient był z gatunku tych, z którymi się nie zaczyna, Case skończył z wypalonym układem nerwowym – zniszczonym do tego stopnia, że dalsze łączenie się z cyberprzestrzenią po prostu nie było możliwe. Poznajemy go w momencie, gdy powoli zbliża się do dna ostatecznego. Odwala drobniejsze roboty dla kogo popadnie, byle mieć na narkotyki i kolejne nieudane próby leczenia swojego układu nerwowego. Bardziej niż od dragów, uzależniony jest od cyberprzestrzeni, od której został tak brutalnie odcięty. Właśnie w momencie, gdy topił się w ostatniej warstwie głębokiego mułu, tajemniczy pan Armitage wyciągnął ku niemy pomocną dłoń. Powiedział, że może go wyleczyć. W zamian za jedną „przysługę”. Czytaj dalej

Keller – Dech zaparty w kosmosie

Keller - okładka

Drugi raz czytam książkę od wydawnictwa Czwarta Strona i drugi raz jestem pozytywnie zaskoczony. Za pierwszym razem była to debiutancka powieść Konarda Kuśmiraka, „S.Q.U.A.T.”, która bardzo skutecznie umilała mi czas na urlopie. Teraz zaś chwyciłem się za kosmiczne S-F od Marcina Jamiołkowskiego. Nie znając autora, nie wiedziałem, czego się spodziewać. „Keller” wziął mnie kompletnie z zaskoczenia, oferując nie tylko świetną przygodę, ale też wspaniałą zabawę.

Tytułowy Keller jest kapitanem Truposza. Po latach zdobywania doświadczenia, może się pochwalić już naprawdę ładnym résumé w zakresie przemycania ludzi i cennych towarów. Rozrzuca klientów po wskazanych miejscach we wszechświecie, inkasuje wynagrodzenie i wraca na swoją prywatną planetoidę. Nie można powiedzieć, że sielanka musiała się ostatecznie skończyć, gdyż jego życie po prostu trudno nazwać sielanką. Grunt, że dostał zlecenie od ludzi tak wysoko postawionych, że sami nie wiedzieli, na czym stoją. Jeśli zadanie nie zostanie wypełnione, dotychczasowy tryb życia Kellera stanie pod znakiem zapytania.

Oprócz Kellera, na pierwszych stronach powieści poznajemy też całą masę członków załogi Truposza. Jamiołkowski zdecydowanie ma dobrą rękę do pisania łatwo zapadających w pamięci postaci. Z czasem, co prawda, okazuje się, że bardzo duża część składu nie będzie brała udziału w przygodzie i… choć z perspektywy całej historii rozumiałem ten zabieg, to trochę go żałowałem. Po prostu zdążyłem polubić większość postaci drugoplanowych. Trzon opowieści w ostatecznym rozrachunku kręci się wokół Kellera, jego najbliższego załoganta oraz miłej choć zabójczej pani, kontrolującej przebieg zlecenia.

Keller - obrazek

W trakcie lektury miałem wrażenie, iż Marcin Jamiołkowski potrafił ubrać w świetne słowa nawet takie zabiegi, które normalnie nie trafiają w mój gust. Ot, choćby taki przykład – gdzieś w połowie historii rozpoczęło się coś na kształt powieści szkatułkowej, trwającej przez dobre kilkadziesiąt stron. Innymi słowy – zaczęła się opowieść w opowieści. I choć z reguły w przypadku lektur czysto rozrywkowych takie zabiegi często wybijają mnie z rytmu, tak w tym przypadku chłonąłem każde słowo. I szczerze ciekawiłem się, jaki będzie finał.

Podobny problem miałem z zakończeniem całości. Choć rozum podpowiadał mi, że wszystko wydarzyło się zbyt szybko i zbyt chaotycznie, to… całość łyknąłem jak młody szczupak. Nawet posłużenie się narzędziami fabularnymi, ocierającymi się o wiarygodność rozwiązań typu „deus ex machina”, przyjąłem bez większego sprzeciwu. Ponieważ „Kellera” czytało mi się aż tak dobrze. Jeśli tylko szukacie wciągającej, kosmicznej przygody, to książka Marcina Jamiołkowskiego wydaje mi się być świetnym wyborem. Choć ma pewne wady, cudownie je maskuje wartko płynącą, lekką, zabawną, miejscami szczerze błyskotliwą narracją. Czytałem w tym roku wiele książek rozrywkowych i „Keller” był jedną z najlepszych w tej kategorii.

S.Q.U.A.T., Konrad Kuśmirak – Polska w oparach Fallouta

SQUAT Konrad Kuśmirak

Choć książek czytam ostatnio rekordowo dużo, ciężko jest mi się wziąć za napisanie o którejkolwiek z ukończonych lektur. Dlatego też postanowiłem umówić się na recenzję, gdy tylko nadarzy się okazja, a i proponowana pozycja będzie się mieściła, rzecz jasna, w kręgach moich zainteresowań. Gdy w grę wchodzi gentlemeńska umowa, dalsze szukanie motywacji jest już zbędne. I tak właśnie trafiłem na „S.Q.U.A.T.” debiutującego na rodzimym rynku Konrada Kuśmiraka.

Wraz z głównym bohaterem, Kamykiem, wziąłem się za eksploracje postapokaliptycznej Polski. Jako że kocham czy to Fallouta, czy Mad Maxa, temat był mi bliski. A i przeczytana niegdyś „Samotność Anioła Zagłady” Roberta J. Szmidta zdecydowanie mi leżała, więc tym ciekawszy byłem, co przygotował dla mnie Konrad Kuśmirak. Jak się okazało, przeniosłem się w rewiry znane mi w miarę przyzwoicie – w okolice Białegostoku, w tym do Choroszczy. Sam pomysł na postapokalipsę wydał mi się całkiem świeży. Zamiast zaczynać wszystko od klasycznego wciśnięcia „czerwonego przycisku” przez wszystkie atomowe potęgi świata, to Matka Natura wycięła Ziemi numer i zbombardowała powierzchnię planety promieniowaniem Gamma. Nasz padół łez nie zniósł tego zbyt dobrze, nie wytrzymały też palce lewitujące nad wspomnianymi guzikami. Gdy skończyła z nami kosmiczna fala zniszczenia, ludzie – w szoku i amoku – poprawili po niej to, co przegapiła. Czytaj dalej

Frankenstein, Mary Shelley – Historia oryginalna

Frankenstein - okładka

Doświadczenia ostatnich lat nauczyły mnie, że warto sięgać po oryginalne źródła, z których wyewoluowały popularne elementy współczesnej popkultury. Po obejrzeniu wszystkich tych filmów o dystopiach, dobrze jest w końcu przeczytać „Rok 1984” Orwella, „Nowy wspaniały świat” Huxleya czy „451 stopni Fahrenheita” Bradbury’ego. Po tych lekturach na „Equilibrium” patrzy mi się po prostu inaczej*. Jakiś czas temu sięgnąłem też po literacki oryginał „Dr. Jekylla i pana Hyde’a”. A teraz przyszła pora, by poznać – jak to się teraz komiksowo mówi – „origin story” innego z popkulturalnych monstrów. Padło na absolutnego klasyka, czyli… Frankensteina. Czy może poprawniej: na potwora stworzonego przez Frankensteina.

W popkulturze od dawna utarło się, że Frankenstein to imię potwora stworzonego z ludzkich szczątków przez szalonego naukowca. Część z Was pewnie zdaje sobie z tego sprawę, dla części to będzie nowość – otóż, Frankenstein w rzeczywistości był owym szalonym naukowcem, a na imię było mu Wiktor. Stworzone przez niego monstrum, w przypadku którego sam proces twórczy był opisany naprawdę szczątkowo, tak naprawdę nigdy nie dorobił się własnego imienia. Przez cały czas trwania akcji powieści Mary Shelley ten klasyczny potwór został, tak naprawdę, nienazwany. Czytaj dalej

Para w ruch, Terry Pratchett – Moist von Lipwig w pociągu

Para w ruch, Terry Pratchett - okładka

Dzień, w którym w moje ręce wpada nowa powieść Terry’ego Pratchetta, na ogół ma w sobie coś ze święta. Ukochałem sobie twórczość tego autora, tak jak ukochałem sobie filmy Woody’ego Allena i pizzę. I choć książki ze Świata Dysku – jak i wszystko inne – bywają czasem lepsze, czasem gorsze, zawsze umiem czerpać z nich ogromną przyjemność. A przychodzi mi to szczególnie łatwo, gdy głównymi bohaterami są Moist von Lipwig, komendant Vimes i lord Vetinari.

Wiedząc już, kto obstawił tym razem pierwsze skrzypce, oraz zdając sobie sprawę z faktu, że pod lupę została wzięta kolej żelazna, możecie się chyba łatwo domyślić, jaki dokładnie będzie temat przewodni „Pary w ruch”, prawda? Tak jest, niezastąpiony Moist von Lipwig po raz kolejny stanie przed epokowym wyzwaniem. Tym razem będzie musiał dojrzeć potencjał tam, gdzie wielu innych widzi prychającego parą szatana. Zaś chwilę później przyjdzie mu ów potencjał wykorzystać w ekstremalnych warunkach polowych, gdyż równowaga polityczna w Świecie Dysku po raz kolejny została zachwiana. Czytaj dalej

Strona 1 z 171234567...Ostatnia »