Moje kanały filmowe:
MINIBLOG
- Shaolin Soccer - Idealna propozycja dla wszystkich osób, które lubią specyficzne połączenia. Mamy ...
- Husk - Raz na jakiś czas lubię obejrzeć tego typu film. "Husk" ...
- Darth Bane #1: Droga zagłady, Drew Karpyshyn - Zachęcony tekstem Pawła, postanowiłem zakupić pierwszy tom z książkowej kolekcji ...
- Gra o tron komiksowo - O tym komiksie będzie bardzo krótko z kilku powodów. OK, ...
- Kot w stanie czystym, Terry Pratchett - Szczerze mówiąc, nie interesowałem się nigdy tym, czy Terry Pratchett ...
Ostatnie komentarze
- Dafdf o Dynamiczny Duet #1 – Ostry mówi, jak to jest z tym polskim komiksem
- ANNA SAMIN o Projekt X – Imprezy wchodzą w nowy wymiar
- Mr. ?? o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Rafał Kawulak o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Mr. ?? o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Karathrace o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
- Natalia o 104 filmy 2012 – moja lista
Licznik obejrzanych filmów
Znajdziecie mnie na:
Licznik
- 197Odsłon dzisiaj:
- 160Gości dziennie:
Archiwum kategorii: Ostatnio czytane
StarCraft: W cieniu Xel’Nagi, czyli o tym, co Protossi robili z Terranami
„Shadow of the Xel’Naga” – tak, jak opisywane przeze mnie wcześniej „Uprising” i „Liberty’s Crusade” – należy do cyklu StarCraft Archive. Jak się jednak przy okazji tej powieści okazuje, ów cykl nie składa się na jedną historię. „W cieniu Xel’Nagi” jest opowieścią zupełnie niezależną od pozostałych i, co więcej, nie jest oparte na żadnej z kampanii, lecz wypełnia lukę między podstawką, a dodatkiem „Brood War”.
Tym razem akcja przenosi się na planetę Bhekar Ro, do miasta Free Haven. Od razu zaznaczę, to nie jest to to samo Haven, które znamy z drugiej części gry. Początkowo miałem nadzieję na taki „smaczek” dla fanów, lecz niestety – są to miejscówki zupełnie od siebie niezależne. Życie na wspomnianym Bhekar Ro nie jest tak proste, jak koloniści początkowo sądzili. Postanowili uciec spod jarzma Konfederacji, skuszeni dobrami naturalnymi planety. Okazało się jednak, że w parze z wysokim nasyceniem złóż minerałów idzie również duża ilość burz i huraganów. Czytaj dalej
Saga o Ludziach Lodu: Zauroczenie, Margrit Sandermo – magia tej serii gdzieś mi umknęła
Zachęcony licznymi pozytywnymi opiniami, postanowiłem w końcu spróbować swoich sił z – poniekąd – legendarną sagą o Ludziach Lodu. O potencjalnej jakości świadczą już same oceny na LubimyCzytac.pl – kilkaset ocen, średnia w okolicach 4.0, autorka najwyraźniej ma się czym pochwalić. W tym kontekście fascynowało mnie jednak samo wydanie sagi – swego czasu zajął się tym bodaj Fakt, oferując oprawę prawdziwie… harlequinową. Siłą rzeczy, nie widziałem, czego się spodziewać, ale mimo wszystko miałem wielką nadzieję na fantastykę, gdyż romans (i to w takim ujęciu) zupełnie nie jest czymś, co by mnie interesowało. Czytaj dalej
Alpha Team, Robert J. Szmidt – wrażenia z lektury
Po raz kolejny miałem wrażenie, iż Fabryka Słów miała ochotę mnie – jako swojego czytelnika – po prostu naciąć. Gdy zacząłem lekturę „Alpha Team”, pierwsze opowiadanie wydawało mi się dziwnie znajome. Po przewertowaniu paru stron okazało się, że nie ma się czemu dziwić – toż to wstęp do „Apokalipsy według Pana Jana”…
Tak, Fabryka Słów przedrukowała w „Alpha Team” część innej powieści, nawet nie uprzedzając czytelnika. Na szczęście, pozostałe pozycje w zbiorze nie grożą już takim zawodem – nie zmienia to jednak faktu, iż czytelnikom „Apokalipsy…” automatycznie odpada ok. 20% zawartości książki. Innymi słowy: taki zakup przestaje się opłacać, a w przypadku wyłożenia gotówki bez pełnej świadomości zawartości można poczuć się trochę oszukanym. Czytaj dalej
Toy Land, Robert J. Szmidt – wrażenia z lektury
„Toy Wars” było najgorszą książką, jaką przeczytałem w zeszłe wakacje. Nie myślałem, że Ziemiański byłby w stanie napisać coś tak absurdalnie beznadziejnego. Udało mu się jednak mnie zaskoczyć – napisał. W tym roku postanowiłem więc sprawdzić, czy z tak marnego tematu, jakim jest uniwersum „Toy Wars”, da się wyciągnąć coś sensownego. Tego wyzwania podjął się Robert J. Szmidt – pisarz, którego bardzo sobie cenię, nawiasem mówiąc: kolega Ziemiańskiego. I ponownie jestem pod wrażeniem – „Toy Land” czytało się naprawdę przyjemnie.
Trzeba tu jednak zaznaczyć od razu – „Toy Land” z „Toy Wars” ma naprawdę mało wspólnego. Główna bohaterka pierwowzoru – Toy – przewija się tylko raz, i to w retrospektywnym, króciutkim dialogu. Głównym bohaterem jest Pat Dante, czyli bohater drugoplanowy z poprzedniej części. Ale! Tutaj również Szmidtowi udało się odciąć od dorobku Ziemiańskiego, przerzucając Dantego w odległą przyszłość za sprawą karnej hibernacji. Innymi słowy – z „Toy Wars” nie zostało tutaj nic. Powieść mogłaby się nazywać równie dobrze „Lego Land” i nikt by nie zauważył. Szmidt sprytnie pozbył się kłopotliwego bagażu, jednak… powstaje pytanie – po co? Skoro chciał napisać coś, co faktycznie z powieścią Ziemiańskiego nie ma większego związku, nie mógł sobie po prostu wybrać innego imienia dla głównego bohatera? Zupełnie nie rozumiem tego zabiegu. Czytaj dalej
StarCraft: Liberty’s Crusade, Jeff Grubb – wrażenia z lektury („Krucjata Liberty’ego”)
Byłem ciekaw, czy wszystkie książki osadzone w uniwersum StarCrafta będą przypominały skrypt napisany na podstawie rozegrania fragmentu kampanii w grze. „Liberty’s Crusade” – tudzież „Krucjata Liberty’ego”, akurat ta książka została u nas wydana – pokazuje, że… i tak, i nie.
Czemu? Otóż, fragmenty, w których Jeff Grubb mógł popuścić wodzy wyobraźni – stworzyć własnych bohaterów i nowe sytuacje – wypadły naprawdę ciekawie. Postać Michaela Liberty’ego jest naprawdę barwna i niezwykle łatwo przyszło mi utożsamienie się z nią, odniesienie się do niej. O dziwo, Grubb wybrnął również obronną ręką z wyzwania zarysowania sylwetki Jima Raynora, który jest przecież głównym bohaterem serii. Najgorzej wypadły fragmenty, które musiały stricte trzymać się wydarzeń z pierwszej kampanii podstawowej wersji StarCrafta. Akcja książki zaczyna się chwilę przed inwazją Zergów na Mar Sarę a kończy… no właśnie, i tu mam dylemat. Jeśli ktoś nie grał, a i tak jest zainteresowany całkiem przyzwoitym czytadłem S-F, dostałby właśnie gigantycznego spoilera. Zróbmy więc tak – akcja „Liberty’s Crusade” kończy się na chwilę przed finałem wspomnianej pierwszej kampanii znanej z gry. Czytaj dalej











