Moje kanały filmowe:
MINIBLOG
- Darth Bane #1: Droga zagłady, Drew Karpyshyn - Zachęcony tekstem Pawła, postanowiłem zakupić pierwszy tom z książkowej kolekcji ...
- Dziewczyna w czerwonej pelerynie - rozwiązanie konkursu - Najwyższa pora na ogłoszenie wyników w konkursie z filmem na ...
- Fanboys - Intrygujący film - bardzo ciekawie łączy motywy kina drogi z ...
- Gra o tron komiksowo - O tym komiksie będzie bardzo krótko z kilku powodów. OK, ...
- Husk - Raz na jakiś czas lubię obejrzeć tego typu film. "Husk" ...
Ostatnie komentarze
- Avatar o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- Ethar aka Herbaciarz o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- KoZa o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- Ethar aka Herbaciarz o Mroczne cienie – Witajcie w świecie Burtona
- KoZa o Transformers 3 – oszukany po raz drugi
- KoZa o Geneza Planety Małp – Piękny powrót
- KoZa o Iron Man Noir – Noir? Gdzie?
- KoZa o Not Just KoZ #5: O dziewczynie skaczącej przez czas
- KoZa o 104 filmy 2012 – moja lista
- KoZa o Avengers – Komiksowe spełnienie marzeń
Licznik obejrzanych filmów
Znajdziecie mnie na:
Licznik
- 263Odsłon dzisiaj:
- 151Gości dziennie:
Archiwum kategorii: Recenzje filmów
13 – Statham w wersji bardziej zakręconej
Jedna z wielu produkcji, za które się zabrałem ze względu na… Jasona Stathama. Nic nie poradzę, tak jak już kilka razy pisałem, to mój ulubiony kiepski aktor. Uwielbiam jego „Transportery”, „Death Race’y” i innych „Mechaników”. Swoją drogą, „Mechanik” też jest brutalnie sympatyczny. Ale ten wpis ma być o „13″.
Co ciekawe, jak na Stathama jest to produkcja naprawdę solidnie zakręcona… Nie, zaraz, cofam, Jason przecież był stałym bywalcem u Guya Ritchie’go. W takim razie jest to produkcja prawie tak zakręcona, jak te z czasów, kiedy Statham nie rozstawał się z Ritchiem. Podkreślam – prawie, i to takie duże prawie. Do finezji „Przekrętu” czy „Porachunków” to oczywiście jeszcze długa droga, a o czystym – przepraszam za łacinę – hardcorze z „Rewolweru” już w ogóle lepiej nie wspominać. Czytaj dalej
3:10 do Yumy – recenzja
Fani westernów od wielu lat nie mają zbyt wielu okazji do radości. Gatunek ten dawno już przestał być numerem jeden na liście najchętniej produkowanych filmów, więc nie ma się co dziwić, że i premier za dużo nie ma. W takim wypadku trochę kuriozalna może wydawać się sytuacja, gdy western, przełamujący długi sezon ogórkowy, jest w rzeczywistości „jedynie” remake’iem starego hitu (z roku 1957), a nie zupełnie nowym, odkrywczym obrazem.
Historia należy do cyklu tych typowych dla dzikiego zachodu i można ją sklasyfikować jako „bandyci kontra ranczerzy”. Dan Evans (Christian Bale) ma na głowie żonę, dwóch synów oraz naprawdę spory długo do spłacenia wobec miejscowego posiadacza ziemskiego. Na domiar złego, podczas wojny stracił stopę, co zdecydowanie nie ułatwia prowadzenia rancza. Nic więc dziwnego, że gdy dostaje szansę za zarobienie okrągłej sumki, zgadza się niemalże bez pytania o warunki. Zasady są proste – dostanie 200$ (nie śmiejcie się – wtedy to była naprawdę konkretna gotówka) za dostarczenie dopiero co schwytanego bandyty i mordercy, Bena Wade’a (Russell Crowe), na pociąg do Yumy, który zawiezie skazańca wprost na szafot. Problem w tym, że w ślad za jeńcem i jego eskortą podąża siedmioosobowy gang, gotów zrobić wszystko, by uwolnić swojego szefa. Czytaj dalej
Aliens vs Predator 2 – recenzja
„Daj bejsbol!” – te i kilka innych mocnych tekstów, które rozłożyły na łopatki całą salę, to – o dziwo – nie efekt twórczości scenarzystów AvP2, lecz… naszych rodzimych tłumaczy. Fakt, podczas seansu śmiechu było co nie miara i to w momentach, które raczej powinny napawać lękiem, a nie dławić histerycznym kaszlem. Ale… Tak – jest pewne „ale”! O ile było sporo poważnych wpadek, znalazło się też kilka elementów, które podniosły z dna kolejną część epickiej walki obcego z Predatorem. Zaskoczeni? Ja zdecydowanie.
Zapytacie pewnie, czym to AvP2 tak zaplusowało, że nie objechałem go doszczętnie już w pierwszym akapicie? Otóż, było zdecydowanie lepsze od „jedynki”, która to ukazała się przeszło trzy lata temu. A to już coś. Po drugie, jeśli ktoś oczekiwał doszczętnej jatki z masą dobrze przygotowanych efektów specjalnych, ten się nie zawiódł. Po trzecie… no, była przy tym wszystkim kupa – zamierzonego przez twórców bądź nie – śmiechu. Innymi słowy, mimo że sama produkcja prezentuje poziom stanów średnich w SF, daje sporo przyzwoitej rozrywki. Na razie o niezbyt wielu eGRAnizacjach można było tak powiedzieć. Czytaj dalej
All-Star Superman – …a cóż to było?
„All Star Superman” jest, według mnie, animacją na wskroś dziwną. Z jednej strony dostałem to, co lubię, czyli kreskę bardzo odległą od tego, co znałem z animowanych seriali oglądanych w dzieciństwie. Z drugiej strony, jest to film cierpiący na schizofrenię – łapie się za, że tak to ujmę, duży temat, jakim jest śmierć Człowieka ze Stali, ale faszeruje widza dziwnymi wątkami pobocznymi, które naprawdę nie są interesujące na tle wspomnianego głównego wątku fabuły. Gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe, szczerze mówiąc nie do końca wiedziałem, co właśnie obejrzałem.
Jak już pisałem przy okazji „Superman – Doomsday”, mam wrażenie, że pełnometrażowe animacje lubią się chwytać za epickie tematy. Śmierć Supermana właśnie w „Doomsday”, początek współpracy Supermana z Batmanem w „World’s finest” czy powrót Jokera w… cóż: „Powrocie Jokera”. Tak jest i tym razem – w „All Star” Clark Kent w wersji z majtkami na spodniach uratował prom kosmiczny, ale sam przy tym przyjął większą dawkę promieniowania słonecznego niż jego organizm był w stanie „przetrawić”. W efekcie stał się jeszcze silniejszy, szybszy, inteligentniejszy, a kryptonit przestał mu szkodzić (sic!). Niestety, jest to też powód przyśpieszonego rozpadu komórek jego ciała, co prowadzi do nieuchronnej śmierci. Czytaj dalej
Angel-A – I’m on a mission from God
Premiera filmu „Angel-A” – na tę chwilę czekało przez, bez mała, sześć lat wiele osób. Wielbiciele Luca Bessona mieli nadzieję, iż produkcja ta będzie ostatecznym dowodem na geniusz ich idola – reżysera kilku kultowych filmów, m.in. „Leona Zawodowca” i „Nikity” – który ponownie stanął za kamerą. Natomiast jego zagorzali przeciwnicy, a tych również nie brakuje, liczyli na kolejną wpadkę pokroju chłodno przyjętej „Joanny d’Arc”. Wydaje mi się, że obraz z Jamelem Debbouzem i Rie Rasmussen w rolach głównych dostarczył odrobinę satysfakcji obu wymienionym grupom widzów.
Delektując się czarno-białą panoramą Paryża, poznajemy André (Jamel Debbouze), którywłaśnie zwisa z Wieży Eiffla i błaga o litość. Tak kończą w tym wielkim mieście wszyscy, którzy nie spłacają swoich długów na czas. Można jednak powiedzieć, że szczęście się do niego uśmiechnęło, co prawda szyderczo, ale jednak lichwiarze dali mu czas do północy. Nie mając specjalnie dobrych perspektyw na zdobycie dwudziestu kawałków w sześć godzin, André postanawia zrobić jedyną rozsądną rzecz, czyli skończyć ze swoim marnym, zakłamanym życiem. Biorąc pod uwagę liczbę mostów w mieście zakochanych, utonięcie wydaje się być dość atrakcyjną opcją. Wszystko poszłoby idealnie, gdyby nie to, że na ten sam pomysł wpadła nieszczęśliwa prostytutka, Angela (Rie Rasmussen). André, motywując się resztkami swojej godności, ratuje dziewczynę przed pewną śmiercią. Czytaj dalej











