Praktykant – Lekko, przyjemnie i… kompletnie bez wyrazu

Praktykant - plakat

Lubię lekkie kino z dobrą obsadą. Na takie filmy, jak „Praktykant” nie idę w celu nasycenia umysłu ciekawymi konceptami – raczej z zamysłem obejrzenia Anne Hathaway w lżejszej roli. Liczę na dobre dialogi, przyjemną fabułę i może odrobinę wzruszenia, jak przy „Kocha, lubi, szanuje” czy „Miłości i innych używkach”. Czasem się to udaje, a czasem dostaje się takie nieokreślone „coś”, które wyraźnie nie wie, czym chciało być. Może się to nawet nieźle oglądać, ale z każdą minutą oddalającą człowieka od skończonego seansu z głowy paruje prawie wszystko. Taki właśnie jest „Praktykant”.

Anne Hathaway wcieliła się w postać Marka Zuckerberga w spódnicy. Założyła odnoszący wielkie sukcesy start-up w stylu ciuchowego Amazona i teraz… ledwo wiąże koniec z końcem w zakresie zarządzania własnym czasem. Małżeństwo zaczyna się sypać, istnieje też obawa, że firmę również może czekać niebawem taki los. I tu na scenę wchodzi on – emerytowany praktykant, który skorzystał z programu szukania pracy dla seniorów. Robert DeNiro jest starym wyjadaczem, w życiu nosił już niejeden garnitur i teraz chce zapoznać się z nowoczesną firmą. Szybko się, rzecz jasna, okazuje, iż jego doświadczenie może bez problemu znaleźć zastosowanie we współczesnym świecie młodych, zdolnych i atrakcyjnych. Czytaj dalej

Batman: Zero Year oraz Endgame – Odważne pomysły kontra zbyt odważne pomysły

Batman - Zero Year - okładka

Odświeżone przez Scotta Snydera oraz Grega Capullo opowieści o Mrocznym Rycerzu z Gotham to, bez dwóch zdań, moje ulubione komiksy publikowane aktualnie przez DC. Miałem podejście do jeszcze kilku innych serii, które zaczęły się ukazywać w ramach restartu New 52, i nic się nawet nie zbliżyło w moim prywatnym rankingu do genialnego „Court of Owls” czy niesamowicie wciągającego, ale zostawiającego niedosyt, „Death of the Family”. Dlatego też z wypiekami na twarzy czekałem na kolejną historię od tego duetu artystycznego – podzielone na dwie części „Zero Year”. Niestety, gdy rozpocząłem już lekturę, w ogólnym rozrachunku czekał mnie zawód. Nie do końca jasny i oczywisty, ale nadal zawód. „Zero Year” na tyle mnie zaskoczyło, że nie za bardzo potrafiłem zebrać myśli na jego temat i sensownie spisać. Musiałem poczekać aż do końca kolejnego wątku, „Endgame”, by w końcu sobie wszystko ułożyć.

Zanim przejdziemy do dalszej części recenzji, trzeba omówić jedną kwestię formalną. Połączyłem dwie części „Zero Year” oraz „Endgame” w jeden tekst, ponieważ – ze względu na ciągle tę samą ekipę artystyczną – mają bardzo wiele punktów styku. Co więcej, część wniosków związanych z „Rokiem zero” nasunęła mi się dopiero po skończonej lekturze kolejnej historii – tym chętniej połączyłem swój wywód w jedną całość. Czytaj dalej

Sicario – Każdego można złamać

Sicario - plakat

Rzadko mam aż tyle powodów do obejrzenia filmu w kinie, jak to miało miejsce teraz przy „Sicario”. Po pierwsze, obsada ociekała miodem. W rolach głównych zostali obsadzeni Emily „Full Metal Bitch” Blunt, piękny diabeł Benicio Del Toro i potrafiący wycisnąć z siebie niesamowite rzeczy ponurak Josh Brolin. Po drugie, film reżyserował Denis Villeneuve. Poznałem go, oglądając „Labirynt” i „Wroga” – dwie zupełnie inne, rewelacyjne produkcje. Byłem ciekawy, jak będzie wyglądała jego trzecia praca, byłem ciekawy, czy znów mnie zaskoczy.

Tak, znów mnie zaskoczył.

„Sicario” opowiada z pozoru dosyć prostą historię o rozpracowywaniu meksykańskiego kartelu, handlującego narkotykami i przemycającego ludzi do Stanów. Agenci z CIA, DEA i kilku innych agencji potrzebują kogoś z FBI, koniecznie z doświadczeniem w terenie. Tym kimś okazuję się być Emliy Blunt, która od dłuższego czasu pragnie odnieść jakieś realne wyniki w walce z meksykańskim elementem kryminogennym. Emily trafia do zespołu kierowanego przez ekscentrycznego Josha Brolina, posiłkującego się umiejętnościami niezależnego doradcy, Benicio Del Toro. Już sama obecność owego egzotycznego specjalisty wydaje się lekko podejrzana, ale… szybko okazuje się, że to tylko początek niewyobrażalnych rzeczy, które ma zobaczyć początkująca pani agent FBI. Czytaj dalej

Fallout New Vegas – Piękna podróż przez Pustkowia

Fallout New Vegas - cover

Fallout 3 był jednym z większych „growych” zawodów w moim życiu. Wiedziałem, że nie powinienem sobie obiecywać zbyt wiele po tytule, któremu bardzo realnie groził status „Oblivion with guns”, ale i tak dałem się porwać fali optymizmu. Najlepsze – a może najgorsze – było w tym wszystkim to, że Fallout 3 wcale nie okazał się „Oblivionem ze spluwami” i przejście w widok z perspektywy pierwszej osoby było udane. Twórcy polegli na tym, co było esencją pierwszych dwóch Falloutów. Zabrakło scenariusza, który nie pchałby gracza do przodu, tylko pozwalał chłonąć świat. Zabrakło idealnego balansu między światem wiarygodnie przedstawionym a atakującą znienacka groteską…

Kiedyś, już parę lat po premierze Fallouta 3, dalej zastanawiałem się, jaki był dokładnie mój problem z tym tytułem i udało mi się dojść do w miarę konkretnej konkluzji. Otóż Fallout 3 chciał być bardziej falloutowy od Fallouta. W jedynce była jakaś zabawna broń, Alien Blaster? To tu wrzucimy PRZENOŚNY MIOTACZ BOMB ATOMOWYCH! I nie będzie on ciekawostką, tylko absolutnie obowiązkowym elementem rozgrywki. F1 miał krwawe sceny śmierci? To my będziemy rozrzucali kończyny po całym pustkowiu i strzelali głowami wrogów w księżyc! Po Necropolis biegały agresywne ghule? To u nas nawet przez kibel będzie szarżowała cała horda! I tak dalej. Czytaj dalej

Nigdy nie jest za późno – Z Meryl nigdy nie jest źle

Nigdy nie jest za późno - plakat

Są takie filmy, które nie reprezentują sobą prawie nic. W oklepany sposób opowiadają jeszcze bardziej oklepaną historię, nie czyniąc nawet jednej próby, by szczerze przykuć uwagę widza. Dokładnie taką produkcją jest „Nigdy nie jest za późno” (z dużo ciekawszym oryginalnym tytułem: „Ricki and the Flash”) – to banalna historia rozbitej rodziny. Córka przeżywa rozstanie ze swoim mężem i potrzebuje, by była przy niej matka. Sęk w tym, że rodzicielka  wieki temu wyjechała w trasę koncertową i nigdy z niej nie wróciła. Aż do teraz. Nie ma tu pomysłu, polotu, ciekawych pomysłów, ani dobrych dialogów. Jest za to jedna osoba, która wszystko zmienia. Meryl Streep.

„Nigdy nie jest za późno” jest dla mnie kolejnym z serii dowodów na to, że Merylka potrafi ze wszystkiego zrobić film, który w ogólnym rozrachunku będzie się wspominało jako co najmniej dobry. Zmienia przeciętność w nową aktorską jakość. Przeobraża się nie do poznania, wcielając się w rolę podstarzałej, rock’n’rollowej księżniczki, próbującej choć trochę połatać swoje relacje z rodziną. Wszystko, co robi, jest absolutnie niesamowite – od stania w miejscu, przez interakcję z ludźmi, po cudowne, rockowe granie. Czytaj dalej

Strona 4 z 1661234567...Ostatnia »